Niedawno wbrew sobie w pewnym sensie(Ci co mnie osobiście znają wiedzą jakie mam podejście do tematyki "bajek ze wschodu") postanowiłem dać się przekonać do anime zwanego Fate/Zero. Już teraz mogę powiedzieć z pełną świadomością że wszelkiego rodzaju powszechnie znane serie typu Dragon Ball, Naruto, Bleache, i inne szmery bajery mogą się schować.
Zacznijmy od tego co stanowi o niesamowitej sile przebicia tej produkcji czyli nie o jej historii opartej na niezbyt skomplikowanym schemacie wszechpotężnego artefaktu magicznego, ale za to o przebogatych perturbacjach po drodze do niego. Naprawdę historia jest strasznie wciągająca, dojrzała jak wino wieloletnie, soczysta jak pomarańcza, epicka jak Apokalipsa według świętego Jana. Więcej takich historii w innych mediach proszę ja was.
Jaki jest koncept ? Gdzieś w rejonie Fujima w Japonii pojawia się Święty Gral zdolny spełnić jedno życzenie dla tego kto wygra o niego wojnę przy użyciu przywoływanych "heroicznych duchów". Mają go szansę zdobyć Ci, którzy zostali przez niego wybrani, i mają relikt do odprawienia rytuału przywołania. Te spirytualne istoty to awatary postaci historycznych, tudzież mitologicznych reprezentujących siedem "klas postaci". Są to: Jeździec, Szermierz, Łucznik, Berserker, Włócznik, Mag, oraz Asasyn. Wybrańcy Grala mają do swej dyspozycji trzy czary kontroli, które są ostatecznym narzędziem narzucenia swej woli danemu duchowi.
Niewątpliwym atutem tej serii jest interpretacja twórców dotycząca wybranych przez nich postaci. Jak zobaczyłem w akcji, i rozpoznałem niektóre z nich to potem aż się cieszyłem jak się pojawiały na ekranie, i mogłem zobaczyć ich reakcje i dialogi. Trzeba przyznać że czuć charakter,osobowość ich wszystkich i łatwo jest uwierzyć że tak dana osoba mogłaby się zachowywać, w danej sytuacji. Dużą część frajdy jest też w tym żeby odkryć źródło inspiracji, a w niektórych przypadkach jest to naprawdę trudne. Mi się udało określić pięć z siedmiu postaci co uważam za rewelacyjny wynik.
Oprócz tego oczywiście nie może się obyć bez efektowności a tej jak to u Japończyków na pewno na nie zabraknie. Momentami oczywiście jest jej za wiele i zwykłe muśnięcie się ostrzy potrafi wywołać większe trzęsienie niż te towarzyszące uskokowi w San Andreas, ale są to na szczęście sytuacje naprawdę sporadyczne. Ogólnie macie popis różnych iluminacji,wybuchów, magii i innych takich, i na pewno nie można zarzucić nudy.
To co jeszcze trzeba powiedzieć o Fate/Zero to duża doza starć na tle moralnym, filozoficznym, koncepcji władzy, ideologicznym. Scena dyskusji trzech królów to absolutne mistrzostwo, czy inne w późniejszych momentach serii, o których nie mogę powiedzieć aby nie zdradzić fabuły. Często do nich wracam, aby odświeżyć sobie te różne podejścia do tak wielu spraw, jakie porusza ta seria. Spokojnie nad niektórymi dialogami można by pisać wielostronicowe eseje i to bez ostatecznego rozstrzygnięcia danego dylematu.
Przejdźmy do bohaterów. Powiedziałem wam co nieco o duchach także powiem tym razem o tych którzy teoretycznie przynajmniej mają nad nimi władzę. Jest to niesamowita plejada osobowości, która ma równie różnorodne motywy do sięgnięcia, (albo i nie sięgania w jednym przypadku) po Grala. Obserwowanie poczynań magów jest równie fascynujące a w niektórych momentach nawet i lepsze niż starć słownych i fizycznych awatarów. Co prawda niektórzy wywołują skrajne emocje w tym obrzydzenie w moim przypadku, ale o te odczucia przede wszystkim chodzi. Zwłaszcza dwie postacie wybijają się na pierwszy plan Kotomine Kirei i Emiya Kiritsugu. Temu drugiemu kibicowałem od samego początku, a potem nie wiedziałem już co myśleć po tym jak to się zakończyło.
Dalej dźwięk stoi na naprawdę wysokim poziomie. Efekty pasują do tego co się dzieje na ekranie, dialogi są świetnie zdubbingowane, a muzyka emocjonalna we właściwy sposób. Tutaj nie mogę się przyczepić właściwie do niczego.
Kreskę jest mi ciężko oceniać, bo nie mam za wielkiej skali porównawczej, w związku z tym ciężko jest mi się wypowiadać, ale nie widziałem błędów, zgrzytów, wszystko jest estetyczne, wyraźne i czytelne wiec czego chcieć więcej.
A teraz to co mnie irytuje, ale jeśli będę chciał doświadczać więcej anime to będę musiał się przyzwyczaić. Przede wszystkim macki, jest kilka scen zaledwie z ich udziałem, ale jak się pojawiają to jest ich prawdziwe zatrzęsienie. Czy naprawdę mag nie może mieć innej mocy jak przyzywanie tego cholerstwa ? Naprawdę to jest trochę monotematyczne. Przydałoby się coś innego w repertuarze, element zaskoczenia, cokolwiek. Nie - wciskamy to badziewie wszędzie gdzie się da. A i jeszcze robaki, które są tak ohydne, i w takiej ilości że trzeba to zagryźć po obejrzeniu odcinka tortem weselnym aby zabić tą żółć, która się pojawiła w gardle na skutek oglądania tych scen. Ale trzeba zaznaczyć - ten ostatni wspomniany motyw jest przekonywujący i oryginalny.
Druga rzecz o mniejszym znaczeniu to przesadna teatralność niektórych scen. Hiperbolizując sytuację w celu wyjaśnienia o co mi chodzi śpieszę z przykładem. Załóżmy że postać robi kanapkę na śniadanie. W normalnej zachodniej koncepcji nie robi się z tego dylematu, czy jakiejś szczególnej sceny a u Japończyków potrafi to być sprawa życia i śmierci. Z niezwykłym pietyzmem nasz bohater będzie rozsmarowywał masło na kromce, jednocześnie snując filozoficzne myśli godne epikurejczyków w starożytnej Grecji. Nie to żeby taka sytuacja nie była możliwa, tylko że tutaj jest ich nadmiar i to drażni.
Ostatnim elementem jest pojawienie się słodkiej dziewczynki. Na szczęście jest ona ostrożnie dawkowana, i nie powoduje epilepsji swoją nazwijmy to kolokwialnie postawą życiową, która w przypadku takich młodzików wręcz się z nich wylewa. I tylko jej wygląd sugeruje że mogłaby należeć do moe(sprawdźcie co to oznacza).
Aby zakończyć ten jakże długi wywód, powiem że jeśli jesteście w stanie przełknąć to jakże gorzką pigułkę że tak jest to anime, tak estetyka japońska i tak są te ..... macki to doświadczycie czegoś niesamowitego, co będzie w waszej pamięci na długo. Amen.
poniedziałek, 8 lutego 2016
wtorek, 2 lutego 2016
Nasłynniejszy portret literacki świata
Dziś recenzja jednej z klasyki światowej literatury. Będziemy oglądać i śledzić losy oblicza Greya, które jest tu motywem przewodnim. Nie chodzi mi tu bynajmniej o tego Pana z tego khm khm górnolotnie nazwijmy to erotyku pisanego, a o Doriana w którym zostaje na skutek pewnego dialogu rozpalona pasja i miłość do samego siebie do pewnego dość skrajnego poziomu. Z tej książki dowiemy się wiele o samouwielbieniu, pasjach, namiętnościach przyjemnościach a także naturze człowieka. Jest to kopalnia cytatów o wielu zastosowaniach, odnoszących się do wielu aspektów naszego życia. Bez problemu można je odnieść do współczesnych czasów.
Dorian Grey to człowiek około trzydziestki, który pozuje dla pewnego malarza zachwyconego jego urodą. W trakcie tej artystycznej czynności dołącza do nich mój faworyt, jeśli chodzi o ulubionego bohatera, czyli lord Henry, który wywiera monstrualny wpływ na naszego młodziana. Otwiera przed nim świat, którego nie znał, świat w którym najcenniejsza jest młodość, siła ciała i umysłu z tym związana, i korzystanie z chwili. Opisuje starość jaką swoistą klątwę za wcześniejsze czasy, właściwie taką długotrwałą agonię i przestrzega Doriana aby ten nigdy się nie starzał.
Siłą niebywałą tej książki stanowią dialogi i monologi, akcja jest jakby obok. Ja czytałem te wszystkie wypowiedzi i byłem zafascynowany pewną filozofią w nich zawartych. Henry co chwila rzucał mądrościami, nad którymi można się rozwodzić całymi dniami i napisać tutaj niejedną notkę. Przykładem może nie aż tak ambitnym jest "Prawdziwe piękno zaczyna się tam, gdzie kończy inteligentny widok". U mnie wywołało to serdeczny uśmiech na twarzy i zastanowienie się dłuższe czy rzeczywiście tak jest. A jeszcze lepszych perełek jest tam naprawdę masa. Co jakby zastanawiające większość z nich jest niebywale prawdziwa i ciężko się z Panem Oscarem Wildem nie zgodzić.
Stylowo książka stoi po mistrzowsku. Autor lubi zatrzymać akcję i opisać środowisko w jakim się ona dzieje, napisać zdania czy dwa o ćwierkających ptaszkach, świecącym słonku. Rysuje przed nami piękne krajobrazy za oknem, żeby potem z siłą huraganu studiować ludzką naturę. Jest w tym pewna magia, i odpowiednie stosowanie tempa. Momentalnie jesteśmy wciągnięci w atmosferę Londynu i wręcz nią przesiąkamy. Bez trudu wyobrażamy sobie wszystko to co opisuje nam pan Oscar.
Fabularnie jakoś wybitna nie jest, aczkolwiek na pewno nie banalna. Są momenty które kompletnie zaskakują, skutki, których nie da się przewidzieć i to jak najbardziej cieszy. Ale też akcja jest w tym wszystkim jakby obok. Zdaję się być elementem po prostu koniecznym aby pozycja uzyskała miano powieści a nie eseju filozoficznego. Z całą tą otoczką portretu zyskuje to po prostu dodatkowego, niezaprzeczalnego smaczku.
Podsumowując Portret Doriana Greya jest lekturą wręcz fascynującą. Śledziłem z "wypiekami na twarzy" wszystkie wypowiedzi bohaterów, ich przemiany, a zwłaszcza protagonisty oraz nawet teoretycznie najmniej istotny element czyli otoczenie. Dawno nie czytałem czegoś równie dobrego, tak napisanego. Na pewno nie zostawi was obojętnym ta pozycja i będziecie ją często rozpamiętywać. Nie macie nawet się co wahać, tylko od razu próbować ją zdobyć. Jeden niezapomniany wieczór zapewni wam na pewno.
Dorian Grey to człowiek około trzydziestki, który pozuje dla pewnego malarza zachwyconego jego urodą. W trakcie tej artystycznej czynności dołącza do nich mój faworyt, jeśli chodzi o ulubionego bohatera, czyli lord Henry, który wywiera monstrualny wpływ na naszego młodziana. Otwiera przed nim świat, którego nie znał, świat w którym najcenniejsza jest młodość, siła ciała i umysłu z tym związana, i korzystanie z chwili. Opisuje starość jaką swoistą klątwę za wcześniejsze czasy, właściwie taką długotrwałą agonię i przestrzega Doriana aby ten nigdy się nie starzał.
Siłą niebywałą tej książki stanowią dialogi i monologi, akcja jest jakby obok. Ja czytałem te wszystkie wypowiedzi i byłem zafascynowany pewną filozofią w nich zawartych. Henry co chwila rzucał mądrościami, nad którymi można się rozwodzić całymi dniami i napisać tutaj niejedną notkę. Przykładem może nie aż tak ambitnym jest "Prawdziwe piękno zaczyna się tam, gdzie kończy inteligentny widok". U mnie wywołało to serdeczny uśmiech na twarzy i zastanowienie się dłuższe czy rzeczywiście tak jest. A jeszcze lepszych perełek jest tam naprawdę masa. Co jakby zastanawiające większość z nich jest niebywale prawdziwa i ciężko się z Panem Oscarem Wildem nie zgodzić.
Stylowo książka stoi po mistrzowsku. Autor lubi zatrzymać akcję i opisać środowisko w jakim się ona dzieje, napisać zdania czy dwa o ćwierkających ptaszkach, świecącym słonku. Rysuje przed nami piękne krajobrazy za oknem, żeby potem z siłą huraganu studiować ludzką naturę. Jest w tym pewna magia, i odpowiednie stosowanie tempa. Momentalnie jesteśmy wciągnięci w atmosferę Londynu i wręcz nią przesiąkamy. Bez trudu wyobrażamy sobie wszystko to co opisuje nam pan Oscar.
Fabularnie jakoś wybitna nie jest, aczkolwiek na pewno nie banalna. Są momenty które kompletnie zaskakują, skutki, których nie da się przewidzieć i to jak najbardziej cieszy. Ale też akcja jest w tym wszystkim jakby obok. Zdaję się być elementem po prostu koniecznym aby pozycja uzyskała miano powieści a nie eseju filozoficznego. Z całą tą otoczką portretu zyskuje to po prostu dodatkowego, niezaprzeczalnego smaczku.
Podsumowując Portret Doriana Greya jest lekturą wręcz fascynującą. Śledziłem z "wypiekami na twarzy" wszystkie wypowiedzi bohaterów, ich przemiany, a zwłaszcza protagonisty oraz nawet teoretycznie najmniej istotny element czyli otoczenie. Dawno nie czytałem czegoś równie dobrego, tak napisanego. Na pewno nie zostawi was obojętnym ta pozycja i będziecie ją często rozpamiętywać. Nie macie nawet się co wahać, tylko od razu próbować ją zdobyć. Jeden niezapomniany wieczór zapewni wam na pewno.
poniedziałek, 25 stycznia 2016
Początki Ery Smoka
Mi samemu mi się spodobały moje recenzje gier, więc będę dalej próbował swych sił w tym temacie. W końcu ja mam tu władzę i jej bezwzględnie używam. Tak czy siak dziś kolejna rzecz z tak zwanej "stajni Bioware" i to jeden z jej nowszych jako tako produktów w porównaniu do poprzedniego KOTOR-a a mianowicie Dragon Age:Origins. Gra którą przeszedłem wzdłuż i wszerz. Od razu zaznaczę że mogę być trochę mało obiektywny bo kocham te universum, ale postaram się powstrzymać mój entuzjazm na wodzy. Przynajmniej w niektórych przypadkach.
Jak tu inaczej zacząć jak nie od początku czyli tworzenia postaci. Tutaj czeka na nas myk bo zdecydowano się na różne historie w zależności od wyboru pochodzenia i rasy naszego protagonisty. Ten fragment nie jest za długi i w którymś momencie i tak trafiamy na punkt wspólny, ale mimo wszystko zasługuje to na uwagę i jest ciekawym zabiegiem. Dla tych którzy mnie nie znają osobiście powiem że u mnie nie mogło być innego wyboru i postawiłem na elfkę miejską, klasa łotrzyk. Trzeba też zaznaczyć, że mamy naprawdę sporo opcji co do wyglądu, a jak ktoś nie chce się w to bawić, to ma gotowce.
Jak już dotrzemy do punktu zbornego dla wszystkich, to zaczyna się prawdziwa rozgrywka. Wędrujemy po różnych krainach i różnistych zamkach, i różnych obiektach w celu zdobycia wszelkiego rodzaju środków pomocnych w walce z ostatecznym złem (jak na porządne, epickie RPG przystało). Te miejsca które odwiedzimy są ciekawe i różnorodne, choć zwłaszcza wnętrza niektórych pomieszczeń mogły by być bogatsze w detale. Jak wędrujemy przykładowo po wieży magów, to ciężko się obyć bez wrażenia że mijamy bardzo podobne do siebie kwatery. Ale z drugiej strony pokoje w akademikach wyglądają tak samo(choć to akurat daleko idące uproszczenie, podejrzewam że studenckie życie i potrzeba ekspresji własnego ja wygra z każdym pokojem). Ale za to jak trafimy do lasu Brelican, czy też do krasnoludów z Orzammaru, to tam nie będziecie się mogli doczekać dalszej wędrówki.
Jakże jest to pełnokrwisty RPG to co musi się w nim znaleźć ? Towarzysze oczywiście i tym razem BioWare nie zawodzi. Co prawda nie jest to poziom KOTOR-a ale dalej mamy ludzi i nie tylko o których trudno będzie nam zapomnieć. Niezaprzeczalną perełką jest Morrigan, postać uwielbiana (zresztą słusznie) przez wielu i przez autora bloga włącznie. Jej dialogi są mistrzowskie i to nie tylko z bohaterem, ale wszystkie utarczki słowne z pozostałymi członkami drużyny też, aż z przyjemnością się śledzi. Na uwagę zasługuje także Alistar i jego próby dowcipkowania, czy też w moim przypadku Wynne i jej babciowanie, oraz Lelianna z jej pobożnością. Nawet trochę sztampowy Orghren potrafi kompletnie zmienić nastrój na pozytywny swoim jednym tekstem. Niestety Sten nie potrafi się przebić do tej plejady gwiazd, ani Zevran. A no i gra od Kanadyjczyków pozwala także na romanse, niektóre z nich nawet biseksualne. Większość z nich jest ciekawa i warto spróbować zdobyć czyjąś sympatię a nie tylko kompana z którym się niejedno przeżyło. Jest też wskaźnik aprobaty o którą warto zadbać u każdego, bo co mnie trochę zdziwiło, ale dodaje to dodatkowe statystyki dla danej postaci, i to taką która jest jej niezbędna. Każdy nasz dialog zmienia wartość tego indykatora. W razie jakby coś nam nie poszło na pomoc przychodzą nam prezenty, którymi możemy kogoś obdarować, niektóre z nich wywołają nawet specjalną reakcję.
Na potrzeby Dragon Age zostało napisane całe uniwersum z zasadami magii, rasami, krainami i tak dalej. Trzeba przyznać że jest tego masa, i jest co czytać jak ktoś lubi się w to zagłębiać (taki przykładowo ja). I jest to wszystko spójne, i nie ma przy tym jakichś potknięć. Podczas gry zbieramy wpisy do kodeksu, które właśnie zawierają wszelkiego rodzaju informacje, a także uzupełniają samouczek. I myślę że warto to zrobić, bo to tylko wzbogaci nasze doświadczenie o masę dodatkowych smaczków.
A jak fabularnie i questowo stoi nasza Era Smoka ? Może zadanie główne jako takie nie jest specjalnie oryginalne i odkrywcze, ale poboczne niejednokrotnie was zaskoczą. Wędrówka do świata magii, spotkanie z duchem strażniczym, wilkołakami, a nawet swatanie to tylko niektóre rzeczy które was spotkają. Mogę tylko narzekać że zadania z tablicy, zwłaszcza dla magów są niestety schematyczne i zrobiłem je raczej z pewnego obowiązku niż przyjemności. Zresztą fabuła główna często wymaga że zanim dostaniesz to czego chcesz, ja muszę dostać coś czego ja chcę, a tego czegoś nie chce oddać ten Pan czy ta Pani, bez dostania czego chce i tak dalej. Dodatkowo klimat panujący jest dość mroczny i często i gęsto będziecie podejmować niełatwe decyzje fabularne.
Posuwając się dalej mamy grafikę, muzykę i całą resztę technicznych aspektów. Wizualnie gra się broni, modele postaci są naprawdę dobre, i tylko tradycyjny zarzut o tą słynną krew na stroju w obfitych ilościach nawet jak zabijemy szczura. Poza tym NPC i nie tylko cieszą oczy i nie rażą jakimiś niedociągnięciami. Efekty są dopracowane, i kula ognia robi wrażenie, tudzież wywoływanie masowej paniki, burzy błyskawic, i różne takie. Muzycznie z kolei ścieżka jest bardzo przyjemna i epicka w odpowiednich momentach, i nostalgiczna jak tego wymaga sytuacja. Mi się bardzo spodobał motyw główny witający nas w menu, i często w nim siedziałem aby tylko posłuchać tego kawałka, a zwłaszcza jego początku zaśpiewnego. Co do sztucznej inteligencji, to broni się ona zdecydowanie. Mamy do ustawienia masę opcji taktycznych, zwłaszcza jak zainwestujemy w to punkty, jak tam ustawimy co trzeba i jak chcemy to nie musimy sterować nikim innym jak naszym bohaterem, reszta postaci sobie zdecydowanie poradzi. Bez tego może być różnie, zwłaszcza w trudniejszych przypadkach, ale też nie powinno to stanowić problemu. A trzeba też zaznaczyć że Dragon Age nie ułatwia zadania i nawet na normalnym stopniu trudności potrafi zabić taktycznego klina. Gra obecnie też będzie działała wam płynnie i myślę że obecna wersja nie zostawiła jakiś bugów, które bym odnotował.
Rozwój towarzyszy i naszego protagonisty oferuje całkiem sporą liczbę opcji, ja swoim łotrzykiem miałem możliwość "pójścia" w pełnego tak zwanych buffów barda, stawiającego na szybkiego eliminację celów zabójcę,zaznajomionego ze zwierzętami łowcę oraz sprawnego szermierza. Talenty też mogłem inwestować w rozwój sztuki posługiwania się określonym rodzajem broni. W moim przypadku była to kombinacja assasyna, duelisty i dwóch sztuk krótkiej broni. Dodatkowo dochodzą nam umiejętności typu perswazja, trucizny, pułapki czy kradzież. Co ciekawe niektóre ze ścieżek rozwoju można odblokować podejmując określone decyzje w grze, inaczej pozostają one niedostępne. Ponownie więc mamy bogactwo wyboru, oczywiście mamy też tradycyjne statystyki nieco zmodyfikowane. Zamiast inteligencji czy mądrości mamy siłę woli i magię i tak dalej. Towarzysze często mają przypisaną określoną ścieżkę, ale możemy tez dać im drugą, z czego warto skorzystać.
Podsumowując Dragon Age wielką grą jest ostatecznie pomimo pewnych niedociągnięć, które jednak nie pozwalają mu osiągnąć pułapu gry wybitnej jaką przykładowo jest KOTOR. Jednak oferuje na tyle dużo że naprawdę warto w niego zainwestować i zwiedzić z drużyną Thedas i pokonać to zło które nawiedziło tą krainę. Zwłaszcza że jak na dzisiejsze standardy jest to wyjątkowo długa przygoda.
Jak tu inaczej zacząć jak nie od początku czyli tworzenia postaci. Tutaj czeka na nas myk bo zdecydowano się na różne historie w zależności od wyboru pochodzenia i rasy naszego protagonisty. Ten fragment nie jest za długi i w którymś momencie i tak trafiamy na punkt wspólny, ale mimo wszystko zasługuje to na uwagę i jest ciekawym zabiegiem. Dla tych którzy mnie nie znają osobiście powiem że u mnie nie mogło być innego wyboru i postawiłem na elfkę miejską, klasa łotrzyk. Trzeba też zaznaczyć, że mamy naprawdę sporo opcji co do wyglądu, a jak ktoś nie chce się w to bawić, to ma gotowce.
Jak już dotrzemy do punktu zbornego dla wszystkich, to zaczyna się prawdziwa rozgrywka. Wędrujemy po różnych krainach i różnistych zamkach, i różnych obiektach w celu zdobycia wszelkiego rodzaju środków pomocnych w walce z ostatecznym złem (jak na porządne, epickie RPG przystało). Te miejsca które odwiedzimy są ciekawe i różnorodne, choć zwłaszcza wnętrza niektórych pomieszczeń mogły by być bogatsze w detale. Jak wędrujemy przykładowo po wieży magów, to ciężko się obyć bez wrażenia że mijamy bardzo podobne do siebie kwatery. Ale z drugiej strony pokoje w akademikach wyglądają tak samo(choć to akurat daleko idące uproszczenie, podejrzewam że studenckie życie i potrzeba ekspresji własnego ja wygra z każdym pokojem). Ale za to jak trafimy do lasu Brelican, czy też do krasnoludów z Orzammaru, to tam nie będziecie się mogli doczekać dalszej wędrówki.
Jakże jest to pełnokrwisty RPG to co musi się w nim znaleźć ? Towarzysze oczywiście i tym razem BioWare nie zawodzi. Co prawda nie jest to poziom KOTOR-a ale dalej mamy ludzi i nie tylko o których trudno będzie nam zapomnieć. Niezaprzeczalną perełką jest Morrigan, postać uwielbiana (zresztą słusznie) przez wielu i przez autora bloga włącznie. Jej dialogi są mistrzowskie i to nie tylko z bohaterem, ale wszystkie utarczki słowne z pozostałymi członkami drużyny też, aż z przyjemnością się śledzi. Na uwagę zasługuje także Alistar i jego próby dowcipkowania, czy też w moim przypadku Wynne i jej babciowanie, oraz Lelianna z jej pobożnością. Nawet trochę sztampowy Orghren potrafi kompletnie zmienić nastrój na pozytywny swoim jednym tekstem. Niestety Sten nie potrafi się przebić do tej plejady gwiazd, ani Zevran. A no i gra od Kanadyjczyków pozwala także na romanse, niektóre z nich nawet biseksualne. Większość z nich jest ciekawa i warto spróbować zdobyć czyjąś sympatię a nie tylko kompana z którym się niejedno przeżyło. Jest też wskaźnik aprobaty o którą warto zadbać u każdego, bo co mnie trochę zdziwiło, ale dodaje to dodatkowe statystyki dla danej postaci, i to taką która jest jej niezbędna. Każdy nasz dialog zmienia wartość tego indykatora. W razie jakby coś nam nie poszło na pomoc przychodzą nam prezenty, którymi możemy kogoś obdarować, niektóre z nich wywołają nawet specjalną reakcję.
Na potrzeby Dragon Age zostało napisane całe uniwersum z zasadami magii, rasami, krainami i tak dalej. Trzeba przyznać że jest tego masa, i jest co czytać jak ktoś lubi się w to zagłębiać (taki przykładowo ja). I jest to wszystko spójne, i nie ma przy tym jakichś potknięć. Podczas gry zbieramy wpisy do kodeksu, które właśnie zawierają wszelkiego rodzaju informacje, a także uzupełniają samouczek. I myślę że warto to zrobić, bo to tylko wzbogaci nasze doświadczenie o masę dodatkowych smaczków.
A jak fabularnie i questowo stoi nasza Era Smoka ? Może zadanie główne jako takie nie jest specjalnie oryginalne i odkrywcze, ale poboczne niejednokrotnie was zaskoczą. Wędrówka do świata magii, spotkanie z duchem strażniczym, wilkołakami, a nawet swatanie to tylko niektóre rzeczy które was spotkają. Mogę tylko narzekać że zadania z tablicy, zwłaszcza dla magów są niestety schematyczne i zrobiłem je raczej z pewnego obowiązku niż przyjemności. Zresztą fabuła główna często wymaga że zanim dostaniesz to czego chcesz, ja muszę dostać coś czego ja chcę, a tego czegoś nie chce oddać ten Pan czy ta Pani, bez dostania czego chce i tak dalej. Dodatkowo klimat panujący jest dość mroczny i często i gęsto będziecie podejmować niełatwe decyzje fabularne.
Posuwając się dalej mamy grafikę, muzykę i całą resztę technicznych aspektów. Wizualnie gra się broni, modele postaci są naprawdę dobre, i tylko tradycyjny zarzut o tą słynną krew na stroju w obfitych ilościach nawet jak zabijemy szczura. Poza tym NPC i nie tylko cieszą oczy i nie rażą jakimiś niedociągnięciami. Efekty są dopracowane, i kula ognia robi wrażenie, tudzież wywoływanie masowej paniki, burzy błyskawic, i różne takie. Muzycznie z kolei ścieżka jest bardzo przyjemna i epicka w odpowiednich momentach, i nostalgiczna jak tego wymaga sytuacja. Mi się bardzo spodobał motyw główny witający nas w menu, i często w nim siedziałem aby tylko posłuchać tego kawałka, a zwłaszcza jego początku zaśpiewnego. Co do sztucznej inteligencji, to broni się ona zdecydowanie. Mamy do ustawienia masę opcji taktycznych, zwłaszcza jak zainwestujemy w to punkty, jak tam ustawimy co trzeba i jak chcemy to nie musimy sterować nikim innym jak naszym bohaterem, reszta postaci sobie zdecydowanie poradzi. Bez tego może być różnie, zwłaszcza w trudniejszych przypadkach, ale też nie powinno to stanowić problemu. A trzeba też zaznaczyć że Dragon Age nie ułatwia zadania i nawet na normalnym stopniu trudności potrafi zabić taktycznego klina. Gra obecnie też będzie działała wam płynnie i myślę że obecna wersja nie zostawiła jakiś bugów, które bym odnotował.
Rozwój towarzyszy i naszego protagonisty oferuje całkiem sporą liczbę opcji, ja swoim łotrzykiem miałem możliwość "pójścia" w pełnego tak zwanych buffów barda, stawiającego na szybkiego eliminację celów zabójcę,zaznajomionego ze zwierzętami łowcę oraz sprawnego szermierza. Talenty też mogłem inwestować w rozwój sztuki posługiwania się określonym rodzajem broni. W moim przypadku była to kombinacja assasyna, duelisty i dwóch sztuk krótkiej broni. Dodatkowo dochodzą nam umiejętności typu perswazja, trucizny, pułapki czy kradzież. Co ciekawe niektóre ze ścieżek rozwoju można odblokować podejmując określone decyzje w grze, inaczej pozostają one niedostępne. Ponownie więc mamy bogactwo wyboru, oczywiście mamy też tradycyjne statystyki nieco zmodyfikowane. Zamiast inteligencji czy mądrości mamy siłę woli i magię i tak dalej. Towarzysze często mają przypisaną określoną ścieżkę, ale możemy tez dać im drugą, z czego warto skorzystać.
Podsumowując Dragon Age wielką grą jest ostatecznie pomimo pewnych niedociągnięć, które jednak nie pozwalają mu osiągnąć pułapu gry wybitnej jaką przykładowo jest KOTOR. Jednak oferuje na tyle dużo że naprawdę warto w niego zainwestować i zwiedzić z drużyną Thedas i pokonać to zło które nawiedziło tą krainę. Zwłaszcza że jak na dzisiejsze standardy jest to wyjątkowo długa przygoda.
piątek, 22 stycznia 2016
Stara Republika po raz pierwszy
Dziś drugie podejście do recenzji gry. Dla wielu jest to klasyk klasyków można by powiedzieć. Jedna z najlepszych produkcji w historii oparta na jakże znanym nam wszystkim universum Gwiezdnych Wojen. Star Wars: Knights Of The Old Republic odcisnęło swoje piętno i pokazało że da się zrobić naprawdę znakomitą grę RPG w tym świecie. Co czyni je tak genialnym ? Rozłożę całość na czynniki pierwsze, tradycyjnie oceniając poszczególne elementy i mam nadzieję że sami zobaczycie.
Zacznijmy od najważniejszego punktu czyli fabuły. Nie ma co ukrywać jest absolutnie zasysająca, z paroma odrobinie słabszymi momentami w postaci planety Maanan, która jest najmniej interesująca z tego wszystkiego i się trochę dłuży, ale Kashyyk, Dantooine, Taris, Korriban i inne miejsca na pewno zapadną wam w pamięci pod względem tego co się tam działo i nie tylko. Jest sporo momentów które kompletnie was zaskoczą, zmiotą z nóg, wywołają wszelkiego rodzaju emocje. Scenarzyści wykonali niesamowitą pracę tutaj i należą im się brawa.
Druga rzecz absolutnie niezbędna aby uznać grę za wielkiego RPG to towarzysze. I mamy tu plejadę gwiazd która do dziś jest wspominana z paroma wyjątkami. Słabszym według mnie punktem jest Carth Onasi, którego historia jakoś specjalnie nie zrobiła na mnie wrażenia jak ją już poznałem. Podobne odczucia mam co do Mission Vao, chociaż ona ma trochę swoich momentów. Dla kontrastu bezapelacyjnie najlepiej napisaną postacią, do dziś wspominaną jako jeden z najjaśniejszych punktów Biowaru to Bastilla Shan. Jest na tyle barwna, ma genialne dialogi i wątki osobiste, że była ze mną wszędzie, gdzie tylko można było, i nie żałowałem tego wyboru. Drugim ulubieńcem publiczności i krytyków jest Jolee Bindo. Poznajemy go zdecydowanie za późno. Ten człowiek swoimi tekstami, podejściem do wielu spraw, też sprawił że był punktem obowiązkowym wielu wypraw. Kolejną osobowością jest dla mnie Juhani, przez wielu uważana za jedną z tych mniej ciekawych, ale mi mimo wszystko jakoś się spodobała. I rodzynka zostawiłem sobie na koniec, a mianowicie HK-47. Co prawda jawnie on staje po stronie tej ciemnej, ale jego komentarze,łatwa irytacja i proponowane rozwiązania sprawią że też będziecie chcieli go zabierać ze sobą ustawicznie. Mogę powiedzieć że KOTOR w kwestii towarzyszy naprawdę nie zawodzi i stanowi oni zdecydowanie jeden z jaśniejszych punktów produkcji.
Teraz kolejna ważna kwestia, a mianowicie rozwój naszego bohatera i nie tylko. Mamy tutaj dość rozbudowany system statystyk wraz z standardowym pakietem typu zręczność, mądrość, charyzma i tak dalej, poprzez umiejętności hakowania, czy też perswazji, skradania się i tak dalej. Do tego dochodzi jeszcze pakiet nazwijmy to bojowych rzeczy na co składa się strzał krytyczny, czy też uderzenie wielokrotne mieczem, a jak już dorobimy się Jedi w naszym składzie to jak oni nie mogliby się posługiwać mocą. Widzicie że jest w czym wybierać i każdy może rozwinąć się w różnych kierunkach. Problem jest tylko taki że dochodzą do tego wszystkiego rzuty obronne na wolę, reflex czy też szczęście i podrasowywania tego przedmiotami to nie czułem efektu zmian. Podobnie sprawa ma się z odpornościami na typy poszczególnych obrażeń. Na początku oczywiście wybieramy klasę na postaci, ale ma to niewielkie znaczenie, bo możemy potem dodawać punkty gdzie chcemy.
Questy poboczne też trzymają grę na poziomie. Co prawda spotkamy tu wiele sztampy, typu mój mąż kochanek, chłopak zaginął gdy wyszedł z domu, zabij tego gościa bo on i tutaj wstaw :zabił moją rodzinę, ukradł chomika, zabrał skarby i tak dalej. Ale pomimo tego mamy też sporo rarytasów i skomplikowanych historii w postaci konfliktu rodzin na Tatooine, czy też powrotu do domu rodzinnego Zaalbara. Naprawdę nie zawiedziecie się jak rozwiążecie kilka problemów na danej planecie. Wystarczy że zagadacie do każdego kto nie jest oznaczony jako mieszkaniec, farmer, czy tym podobne.
Przejdźmy do kwestii technicznych. Graficznie jest bardzo estetycznie, dokładnie bez jakiś wpadek większych. Nagminnie postacie wpadają w tekstury jakąś częścią ekwipunku bądź ciała. Mimika i ekspresja emocjonalna też jakoś nie powala, ale to drobnostki. Lokacje też trzymają pewien poziom. Taris czy Manaan prezentują się okazale i imponująco i bogato w szczegóły i plenery. Odstaje natomiast Kashyyk, przy pozostałych miejscówkach niestety wypada blado. Brakuje tego odczucia dzikości, bardziej obfitej roślinności. Rasy też wyglądają bardzo dobrze, nie można pomylić jednej z drugą. Mają one po kilka cech charakterystycznych. I raczej też nie spotkamy dwóch zupełnie identycznych Twilleków, Ithorian i tak dalej.
Idąc dalej mamy dźwięk. Gra w tym świecie nie może się obejść bez odgłosów, które każdy prawdziwy fan rozpozna nawet śpiąc. Miesz świetlny brzmi zdecydowanie jak on, blastery podobnie, czy też statki. Tutaj KOTOR też trzyma poziom. Dubbing postaci jest absolutnie rewelacyjny. Jennifer Hale jako Bastilla oddaje emocje w pełni. Podobnie wiele innych aktorów podkładających głosy. Jedyną wadą tego wszystkiego są kwestie wypowiadane przez innych mieszkańców galaktyki niż ludzie a nie towarzyszących naszemu bohaterowi bezpośrednio. Szybko się można zorientować że to zapętlone w kółko te same zdania, czasem nawet odtwarzane w kółko w tej samej kolejności. Kiedy mamy do czynienia z dłuższą wypowiedzią potrafi to zirytować, albo podczas dłuższego przebywania na danej planecie. Jednocześnie autorzy się postarali aby każda z ras zamieszkujących daną planetę miała swój język i brzmi to wszystko bardzo różnorodnie i potrzeba trochę czasu zanim się to znudzi.
Jest jeden element zrealizowany niestety bardzo źle łagodnie mówiąc a mówię tu o AI. Towarzysze niestety często się gubią po drodze i trzeba się po nich wracać, często się rzucają na wroga na ślepo nawet przy ogromnie niekorzystnym stosunku sił, włażą na miny i tym podobne bez zastanowienia. Ignorują notorycznie polecenie zatrzymania się i robią to tylko na chwilę, po czym znowu wwalają się na coś bo nie miałeś czasu tego rozbroić, uruchomić sam.
Pomimo paru niedociągnięć śmiem twierdzić że Rycerze Starej Republiki to gra praktycznie idealna. Naprawdę historia z najwyżej półki, jeszcze lepsi towarzysze, solidny aspekt techniczny, szeroki wachlarz rozwoju postaci, niewiele więcej można wymagać. Polecam nie tylko fanom Star Wars, ale wszelkim graczom lubujących w RPG, i nie tylko ogólnie każdemu. Gra się postarzała, ale w bardzo szlachetny sposób mogący ciągle dać wiele godzin wspaniałej rozrywki.
Zacznijmy od najważniejszego punktu czyli fabuły. Nie ma co ukrywać jest absolutnie zasysająca, z paroma odrobinie słabszymi momentami w postaci planety Maanan, która jest najmniej interesująca z tego wszystkiego i się trochę dłuży, ale Kashyyk, Dantooine, Taris, Korriban i inne miejsca na pewno zapadną wam w pamięci pod względem tego co się tam działo i nie tylko. Jest sporo momentów które kompletnie was zaskoczą, zmiotą z nóg, wywołają wszelkiego rodzaju emocje. Scenarzyści wykonali niesamowitą pracę tutaj i należą im się brawa.
Druga rzecz absolutnie niezbędna aby uznać grę za wielkiego RPG to towarzysze. I mamy tu plejadę gwiazd która do dziś jest wspominana z paroma wyjątkami. Słabszym według mnie punktem jest Carth Onasi, którego historia jakoś specjalnie nie zrobiła na mnie wrażenia jak ją już poznałem. Podobne odczucia mam co do Mission Vao, chociaż ona ma trochę swoich momentów. Dla kontrastu bezapelacyjnie najlepiej napisaną postacią, do dziś wspominaną jako jeden z najjaśniejszych punktów Biowaru to Bastilla Shan. Jest na tyle barwna, ma genialne dialogi i wątki osobiste, że była ze mną wszędzie, gdzie tylko można było, i nie żałowałem tego wyboru. Drugim ulubieńcem publiczności i krytyków jest Jolee Bindo. Poznajemy go zdecydowanie za późno. Ten człowiek swoimi tekstami, podejściem do wielu spraw, też sprawił że był punktem obowiązkowym wielu wypraw. Kolejną osobowością jest dla mnie Juhani, przez wielu uważana za jedną z tych mniej ciekawych, ale mi mimo wszystko jakoś się spodobała. I rodzynka zostawiłem sobie na koniec, a mianowicie HK-47. Co prawda jawnie on staje po stronie tej ciemnej, ale jego komentarze,łatwa irytacja i proponowane rozwiązania sprawią że też będziecie chcieli go zabierać ze sobą ustawicznie. Mogę powiedzieć że KOTOR w kwestii towarzyszy naprawdę nie zawodzi i stanowi oni zdecydowanie jeden z jaśniejszych punktów produkcji.
Teraz kolejna ważna kwestia, a mianowicie rozwój naszego bohatera i nie tylko. Mamy tutaj dość rozbudowany system statystyk wraz z standardowym pakietem typu zręczność, mądrość, charyzma i tak dalej, poprzez umiejętności hakowania, czy też perswazji, skradania się i tak dalej. Do tego dochodzi jeszcze pakiet nazwijmy to bojowych rzeczy na co składa się strzał krytyczny, czy też uderzenie wielokrotne mieczem, a jak już dorobimy się Jedi w naszym składzie to jak oni nie mogliby się posługiwać mocą. Widzicie że jest w czym wybierać i każdy może rozwinąć się w różnych kierunkach. Problem jest tylko taki że dochodzą do tego wszystkiego rzuty obronne na wolę, reflex czy też szczęście i podrasowywania tego przedmiotami to nie czułem efektu zmian. Podobnie sprawa ma się z odpornościami na typy poszczególnych obrażeń. Na początku oczywiście wybieramy klasę na postaci, ale ma to niewielkie znaczenie, bo możemy potem dodawać punkty gdzie chcemy.
Questy poboczne też trzymają grę na poziomie. Co prawda spotkamy tu wiele sztampy, typu mój mąż kochanek, chłopak zaginął gdy wyszedł z domu, zabij tego gościa bo on i tutaj wstaw :zabił moją rodzinę, ukradł chomika, zabrał skarby i tak dalej. Ale pomimo tego mamy też sporo rarytasów i skomplikowanych historii w postaci konfliktu rodzin na Tatooine, czy też powrotu do domu rodzinnego Zaalbara. Naprawdę nie zawiedziecie się jak rozwiążecie kilka problemów na danej planecie. Wystarczy że zagadacie do każdego kto nie jest oznaczony jako mieszkaniec, farmer, czy tym podobne.
Przejdźmy do kwestii technicznych. Graficznie jest bardzo estetycznie, dokładnie bez jakiś wpadek większych. Nagminnie postacie wpadają w tekstury jakąś częścią ekwipunku bądź ciała. Mimika i ekspresja emocjonalna też jakoś nie powala, ale to drobnostki. Lokacje też trzymają pewien poziom. Taris czy Manaan prezentują się okazale i imponująco i bogato w szczegóły i plenery. Odstaje natomiast Kashyyk, przy pozostałych miejscówkach niestety wypada blado. Brakuje tego odczucia dzikości, bardziej obfitej roślinności. Rasy też wyglądają bardzo dobrze, nie można pomylić jednej z drugą. Mają one po kilka cech charakterystycznych. I raczej też nie spotkamy dwóch zupełnie identycznych Twilleków, Ithorian i tak dalej.
Idąc dalej mamy dźwięk. Gra w tym świecie nie może się obejść bez odgłosów, które każdy prawdziwy fan rozpozna nawet śpiąc. Miesz świetlny brzmi zdecydowanie jak on, blastery podobnie, czy też statki. Tutaj KOTOR też trzyma poziom. Dubbing postaci jest absolutnie rewelacyjny. Jennifer Hale jako Bastilla oddaje emocje w pełni. Podobnie wiele innych aktorów podkładających głosy. Jedyną wadą tego wszystkiego są kwestie wypowiadane przez innych mieszkańców galaktyki niż ludzie a nie towarzyszących naszemu bohaterowi bezpośrednio. Szybko się można zorientować że to zapętlone w kółko te same zdania, czasem nawet odtwarzane w kółko w tej samej kolejności. Kiedy mamy do czynienia z dłuższą wypowiedzią potrafi to zirytować, albo podczas dłuższego przebywania na danej planecie. Jednocześnie autorzy się postarali aby każda z ras zamieszkujących daną planetę miała swój język i brzmi to wszystko bardzo różnorodnie i potrzeba trochę czasu zanim się to znudzi.
Jest jeden element zrealizowany niestety bardzo źle łagodnie mówiąc a mówię tu o AI. Towarzysze niestety często się gubią po drodze i trzeba się po nich wracać, często się rzucają na wroga na ślepo nawet przy ogromnie niekorzystnym stosunku sił, włażą na miny i tym podobne bez zastanowienia. Ignorują notorycznie polecenie zatrzymania się i robią to tylko na chwilę, po czym znowu wwalają się na coś bo nie miałeś czasu tego rozbroić, uruchomić sam.
Pomimo paru niedociągnięć śmiem twierdzić że Rycerze Starej Republiki to gra praktycznie idealna. Naprawdę historia z najwyżej półki, jeszcze lepsi towarzysze, solidny aspekt techniczny, szeroki wachlarz rozwoju postaci, niewiele więcej można wymagać. Polecam nie tylko fanom Star Wars, ale wszelkim graczom lubujących w RPG, i nie tylko ogólnie każdemu. Gra się postarzała, ale w bardzo szlachetny sposób mogący ciągle dać wiele godzin wspaniałej rozrywki.
czwartek, 7 stycznia 2016
Przegląd
Dziś coś co niezbyt planowałem robić, także tą notką zaskakuje sam siebie w stopniu znaczącym, ale myślę że warto coś takiego zrobić. Oto przed Wami krótkie podsumowanie wydarzeń w których brałem udział w 2015 roku. Cały czas przymierzam się do tego aby napisać relację i ocenę każdego z nich a jest mam nadzieję w Waszym mniemaniu również w czym wybierać. Oto ta lista.
Na pierwszy ogień poszedł IEM 2015, Katowice 14-16 Marzec Spodek, Finały Światowe Ligi ESL w League of Legends, Counter Strike: Global Offensive oraz Starcraft II. Tutaj machina się rozkręciła. Coś niesamowitego.
Potem Pyrkon 2015 24-26 kwietnia Poznań Międzynarodowe Targi Poznańskie tutaj główną moją atrakcją była cała gama autorów fantastycznych, Maskarada, i cała gama innych
Zaraz po nim Orange Video Festiwal Life Tube 2015 na Hali Torwar 16 Maja 2015, na to pojechałem dla kilku cosplayerek i niespodziewanie muzycznie.
Następnie Otwarte Mistrzostwa Polski w Mortal Kombat 30 Maja 2015 w klubie Loft 44 przy warszawskich Powązkach. Tutaj ponownie chwila cosplayu, trochę rozmów, i przekąsek.
Teraz wyjątkowo muzyczne wydarzenie Orange Warsaw Festiwal 12 czerwca 2015 - 14 czerwca na Torze Wyścigowym na Służewcu. Tu z kolei atrakcje główne to niektóre z zespołów, a które i jak wypadł dowiecie się z ewentualnej relacji.
Wracamy do fantastyki i tym razem Wrocławskie Dni Fantastyki 26 czerwca-28 czerwca 2015. Na to wygnało mnie nie wiem co sam do końca, jak ustalę to się tym podzielę.
Znowu zmieniamy typ imprezy i idziemy na Opener Festiwal Gdynia 2015 od 1 lipca 2015- 4 lipca 2015. Niesamowite przeżycie pod wieloma względami. Poznałem masę świetnych artystów.
Po tym wszystkim chwile odetchnąłem żeby znowu się rzucić w wir wydarzeń i zaliczyć Woodstock Festival w Kostrzynie nad Odrą od 30 lipca 2015 do 1 sierpnia. Warto tu było wrócić i pewnie trafię tu niejeden jeszcze raz.
Wracamy do Poznania na Polcon 2015 na terenie Politechniki tamtejszej w dniach 20-23 sierpnia. Udało mi się zobaczyć jednego z najlepszych autorów jakiego kiedykolwiek czytałem Joe Abecrombiego, i to wystarczy aby uznać ten wypad za udany.
Powrót do pasji i tym razem Copernicon 2015 Toruń i 18-20 września 2015. Bardzo sympatyczny event choć nie pozbawiony wad, ale zostały one wynagrodzone.
Lecimy dalej i mamy Imladris 9-11 października 2015 Kraków. Kameralny dość konwent, ale nie żałuje. Zobaczyłem jedno z najpiękniejszych miast naszego kraju i zrobiłem masę zdjęć.
Tydzień po tym miałem 16-18 października wycieczka po raz kolejny do poznania i PGA 2015. Cały dzień fotografowania cosplayi, rozmowy z wieloma osobami, oficjalna galeria zdjęć mego autorstwa na facebooku. Cudownie po prostu.
Nie zatrzymujemy się na długo i mamy tym razem 23-25 października 2015 Warsaw Games Week na terenie Warsaw Expo. Bardzo dobrze zorganizowany event z niewielkimi minusami. Więcej tradycyjnie w relacji.
I ostatni event tego roku czyli Nju Winter Games 2015 też Warszawa i też teren Expo. Tutaj jeśli chodzi o samo wydarzenie, oj cienko, ale cosplay bezapelacyjnie uratował go od zagłady. Odbyła się ona 5 grudnia 2015.
To całe moje podsumowanie tego co udało mi się zobaczyć w zeszłym roku. Jeśli chcecie obszerne relacje wystarczy że napiszecie komentarze, na facebooku,sms-a, telefon.maila, wszędzie gdzie chcecie na pewno odbiorę. To wszystko na dziś.
Na pierwszy ogień poszedł IEM 2015, Katowice 14-16 Marzec Spodek, Finały Światowe Ligi ESL w League of Legends, Counter Strike: Global Offensive oraz Starcraft II. Tutaj machina się rozkręciła. Coś niesamowitego.
Potem Pyrkon 2015 24-26 kwietnia Poznań Międzynarodowe Targi Poznańskie tutaj główną moją atrakcją była cała gama autorów fantastycznych, Maskarada, i cała gama innych
Zaraz po nim Orange Video Festiwal Life Tube 2015 na Hali Torwar 16 Maja 2015, na to pojechałem dla kilku cosplayerek i niespodziewanie muzycznie.
Następnie Otwarte Mistrzostwa Polski w Mortal Kombat 30 Maja 2015 w klubie Loft 44 przy warszawskich Powązkach. Tutaj ponownie chwila cosplayu, trochę rozmów, i przekąsek.
Teraz wyjątkowo muzyczne wydarzenie Orange Warsaw Festiwal 12 czerwca 2015 - 14 czerwca na Torze Wyścigowym na Służewcu. Tu z kolei atrakcje główne to niektóre z zespołów, a które i jak wypadł dowiecie się z ewentualnej relacji.
Wracamy do fantastyki i tym razem Wrocławskie Dni Fantastyki 26 czerwca-28 czerwca 2015. Na to wygnało mnie nie wiem co sam do końca, jak ustalę to się tym podzielę.
Znowu zmieniamy typ imprezy i idziemy na Opener Festiwal Gdynia 2015 od 1 lipca 2015- 4 lipca 2015. Niesamowite przeżycie pod wieloma względami. Poznałem masę świetnych artystów.
Po tym wszystkim chwile odetchnąłem żeby znowu się rzucić w wir wydarzeń i zaliczyć Woodstock Festival w Kostrzynie nad Odrą od 30 lipca 2015 do 1 sierpnia. Warto tu było wrócić i pewnie trafię tu niejeden jeszcze raz.
Wracamy do Poznania na Polcon 2015 na terenie Politechniki tamtejszej w dniach 20-23 sierpnia. Udało mi się zobaczyć jednego z najlepszych autorów jakiego kiedykolwiek czytałem Joe Abecrombiego, i to wystarczy aby uznać ten wypad za udany.
Powrót do pasji i tym razem Copernicon 2015 Toruń i 18-20 września 2015. Bardzo sympatyczny event choć nie pozbawiony wad, ale zostały one wynagrodzone.
Lecimy dalej i mamy Imladris 9-11 października 2015 Kraków. Kameralny dość konwent, ale nie żałuje. Zobaczyłem jedno z najpiękniejszych miast naszego kraju i zrobiłem masę zdjęć.
Tydzień po tym miałem 16-18 października wycieczka po raz kolejny do poznania i PGA 2015. Cały dzień fotografowania cosplayi, rozmowy z wieloma osobami, oficjalna galeria zdjęć mego autorstwa na facebooku. Cudownie po prostu.
Nie zatrzymujemy się na długo i mamy tym razem 23-25 października 2015 Warsaw Games Week na terenie Warsaw Expo. Bardzo dobrze zorganizowany event z niewielkimi minusami. Więcej tradycyjnie w relacji.
I ostatni event tego roku czyli Nju Winter Games 2015 też Warszawa i też teren Expo. Tutaj jeśli chodzi o samo wydarzenie, oj cienko, ale cosplay bezapelacyjnie uratował go od zagłady. Odbyła się ona 5 grudnia 2015.
To całe moje podsumowanie tego co udało mi się zobaczyć w zeszłym roku. Jeśli chcecie obszerne relacje wystarczy że napiszecie komentarze, na facebooku,sms-a, telefon.maila, wszędzie gdzie chcecie na pewno odbiorę. To wszystko na dziś.
niedziela, 13 grudnia 2015
Dziś bawimy się w piaskownicy Sandersona metalami
Jestem po lekturze "Z Mgły Zrodzonego" trochę gloryfikowanego przeze mnie tutaj autora Sandersona i trzeba przyznać że mam spory dylemat gdzie tą pozycję umieścić w stosunku do Elantris. Jest na bardzo zbliżonym poziomie, a może nawet lepsza. Także już wiecie że jeśli ufacie mej opinii, a wierzę że tak jest bo inaczej byście tu nie zaglądali, to możecie nawet w tym momencie lecieć go księgarni z pieniędzmi, i brać tą książkę, bo Sanderson był w formię jak to pisał, i to jeszcze jakiej.
Zacznijmy od rzeczy która znów jest świetnie przemyślana i wokół niej się kręci spora część tego co się dzieje w powieści czyli czymś co się zwie Allomancją. Jest to system magii po raz kolejny. W pewnym sensie podobny do tego z Oddechami z Siewcy Wojny, ale ma swoje punkty, które czynią go unikatowym a mianowicie metale, które są w tym wszystkim nieodzowne. Każdy z nich wywołuje określony efekt u tego który je stosuje, albo na ludziach na których ową moc skieruje. Jestem ciekaw na jakiej zasadzie autor je dobierał do konkretnych efektów, bo nie są to automatyczne skojarzenia, przynajmniej w moim wypadku. I ponownie mamy przypadek gdzie magia stanowi niezwykłą zaletę tego co czytamy.
Świat przedstawiony nie jest zbyt bogaty. Znów nawiąże do Siewcy, bo podobnie jak tam wszystko dzieje się w jednym mieście praktycznie poza bardzo nielicznymi wyjątkami, ale tutaj mamy pewną przewagę nad wspomnianym dziełem bo jest mapa i to trzeba przyznać nieźle narysowana, czytelna i wystarczająca. Mamy też rozrysowaną całą arene zmagań, ale na razie nie ma po co do tego zaglądać, bo wszystkie rzeczy dziejące się poza aglomeracją są ledwo wspomniane i szybko się o nich zapomina. Mam nadzieję że pozostaje miejsca zostaną wykorzystane w przyszłych tomach, i akcja trochę nas poprzenosi w różne regiony Imperium.
Dalej mamy bohaterów. Tutaj nie ukrywam trafił mi się typ który wręcz ubóstwiam i z miejsca ją pokochałem a mianowicie młoda złodziejka. Przynajmniej w takiej roli ją spotykamy po raz pierwszy. Co się stanie z nią potem to sami zobaczycie. Była to moja faworyta od samego początku i kibicowałem jej bezustannie, i się nie zawiodłem. Postać jest napisana rewelacyjnie i przekonywająco w wielu aspektach. Pozostali też są niezastąpieni zwłaszcza Breeze. Jest to pewien pseudo-szlachcic, który ma takie dialogi że nie sposób go nie polubić. Podobny mam stosunek do Hama, on tez wygrał moją sympatię. Ci dwaj wymienieni to jedne z głównych postaci pobocznych ale ich wpływ na każdą scenkę jest niezapomniany. Protagonista poza naszą rezolutną dziewoją niestety trochę zawodzi, jest przynudnawy, ale nie obawiajcie się to jest jednak Sanderson i Keisler nie jest słaby, tylko wymagałbym od tak sprawdzonego autora jeszcze trochę więcej.
A fabularnie jak ? Powiem Wam niesamowicie. Tempo rośnie i spada we właściwych momentach, dodatkowo książka ma swój klimat, w który można łatwo wsiąknąć, i jest przekonywujący. Nie ma na pewno spadków poziomu, wszystko stoi na bardzo wysokim bez zgrzytów, i każe wręcz czytać dalej, i trudno temu głosowi odmówić racji. Nie sposób się oderwać. Mogę nawet się pokusić o stwierdzenie że często nie tylko wciąga akcja powieści, ale wręcz zasysa z niesamowitą siłą.
Dość kontrowersyjnym momentem jest epilog a właściwie doprowadzenie do takiego czy innego zakończenia czyli końcówka. Mam lekko mieszane odczucia co do niej, bo co prawda jest jak na Sandersona przystało epicka do granic możliwości i na to nie mam prawa narzekać, ale kończy się w taki sposób że jestem ciekaw co się stanie w tomie drugim, gdyż może być autorowi bardzo ciężko utrzymać poziom ze względu na to co tutaj się zdarzyło. Mam nadzieję że z tego wybrnie i mnie zaskoczy pozytywnie. Oczywiście już niedługo zabieram się za lekturę Studnii Wstąpienia, i możecie oczekiwać wrażeń jak tylko skończę z tą kontynuacją.
Stylowo no cóż nie zaskoczę was jak powiem nienagannie wręcz. Tutaj nic nie zawodzi. Tradycyjnie mamy neologizmy, lekką kwiecistość, która idealnie się wpasowuje. I to co autor tej notki lubi najbardziej czyli świetne dialogi, do których wręcz chce się wracać. Momentami aż chciałem "przewijać opisy" aby trafić na jakąś konwersację. A to u mnie bardzo dobry znak, którego dawno nie miałem podczas czytania.
Podsumowując Sanderson na pewno nie zawodzi, a wręcz przeciwnie, może nawet przeskakuje samego siebie. Naprawdę wdrapuje się bardzo szybko do elit powieści fantasy, i ciężko go będzie stamtąd strącić. Wprowadza masę interesujących pomysłów do gatunku i nieustannie trzyma poziom, który zadowoli wielu podejrzewam nawet najbardziej wymagających weteranów gatunku. Polecam gorąco. Zaryzykuję stwierdzenie że jest to powieść lepsza od tego co teraz czytacie,albo mieliście zamiar czytać. Porzućcie ten zamiar i łapcie Z Mgły Zrodzonego. Na pewno warto.
Zacznijmy od rzeczy która znów jest świetnie przemyślana i wokół niej się kręci spora część tego co się dzieje w powieści czyli czymś co się zwie Allomancją. Jest to system magii po raz kolejny. W pewnym sensie podobny do tego z Oddechami z Siewcy Wojny, ale ma swoje punkty, które czynią go unikatowym a mianowicie metale, które są w tym wszystkim nieodzowne. Każdy z nich wywołuje określony efekt u tego który je stosuje, albo na ludziach na których ową moc skieruje. Jestem ciekaw na jakiej zasadzie autor je dobierał do konkretnych efektów, bo nie są to automatyczne skojarzenia, przynajmniej w moim wypadku. I ponownie mamy przypadek gdzie magia stanowi niezwykłą zaletę tego co czytamy.
Świat przedstawiony nie jest zbyt bogaty. Znów nawiąże do Siewcy, bo podobnie jak tam wszystko dzieje się w jednym mieście praktycznie poza bardzo nielicznymi wyjątkami, ale tutaj mamy pewną przewagę nad wspomnianym dziełem bo jest mapa i to trzeba przyznać nieźle narysowana, czytelna i wystarczająca. Mamy też rozrysowaną całą arene zmagań, ale na razie nie ma po co do tego zaglądać, bo wszystkie rzeczy dziejące się poza aglomeracją są ledwo wspomniane i szybko się o nich zapomina. Mam nadzieję że pozostaje miejsca zostaną wykorzystane w przyszłych tomach, i akcja trochę nas poprzenosi w różne regiony Imperium.
Dalej mamy bohaterów. Tutaj nie ukrywam trafił mi się typ który wręcz ubóstwiam i z miejsca ją pokochałem a mianowicie młoda złodziejka. Przynajmniej w takiej roli ją spotykamy po raz pierwszy. Co się stanie z nią potem to sami zobaczycie. Była to moja faworyta od samego początku i kibicowałem jej bezustannie, i się nie zawiodłem. Postać jest napisana rewelacyjnie i przekonywająco w wielu aspektach. Pozostali też są niezastąpieni zwłaszcza Breeze. Jest to pewien pseudo-szlachcic, który ma takie dialogi że nie sposób go nie polubić. Podobny mam stosunek do Hama, on tez wygrał moją sympatię. Ci dwaj wymienieni to jedne z głównych postaci pobocznych ale ich wpływ na każdą scenkę jest niezapomniany. Protagonista poza naszą rezolutną dziewoją niestety trochę zawodzi, jest przynudnawy, ale nie obawiajcie się to jest jednak Sanderson i Keisler nie jest słaby, tylko wymagałbym od tak sprawdzonego autora jeszcze trochę więcej.
A fabularnie jak ? Powiem Wam niesamowicie. Tempo rośnie i spada we właściwych momentach, dodatkowo książka ma swój klimat, w który można łatwo wsiąknąć, i jest przekonywujący. Nie ma na pewno spadków poziomu, wszystko stoi na bardzo wysokim bez zgrzytów, i każe wręcz czytać dalej, i trudno temu głosowi odmówić racji. Nie sposób się oderwać. Mogę nawet się pokusić o stwierdzenie że często nie tylko wciąga akcja powieści, ale wręcz zasysa z niesamowitą siłą.
Dość kontrowersyjnym momentem jest epilog a właściwie doprowadzenie do takiego czy innego zakończenia czyli końcówka. Mam lekko mieszane odczucia co do niej, bo co prawda jest jak na Sandersona przystało epicka do granic możliwości i na to nie mam prawa narzekać, ale kończy się w taki sposób że jestem ciekaw co się stanie w tomie drugim, gdyż może być autorowi bardzo ciężko utrzymać poziom ze względu na to co tutaj się zdarzyło. Mam nadzieję że z tego wybrnie i mnie zaskoczy pozytywnie. Oczywiście już niedługo zabieram się za lekturę Studnii Wstąpienia, i możecie oczekiwać wrażeń jak tylko skończę z tą kontynuacją.
Stylowo no cóż nie zaskoczę was jak powiem nienagannie wręcz. Tutaj nic nie zawodzi. Tradycyjnie mamy neologizmy, lekką kwiecistość, która idealnie się wpasowuje. I to co autor tej notki lubi najbardziej czyli świetne dialogi, do których wręcz chce się wracać. Momentami aż chciałem "przewijać opisy" aby trafić na jakąś konwersację. A to u mnie bardzo dobry znak, którego dawno nie miałem podczas czytania.
Podsumowując Sanderson na pewno nie zawodzi, a wręcz przeciwnie, może nawet przeskakuje samego siebie. Naprawdę wdrapuje się bardzo szybko do elit powieści fantasy, i ciężko go będzie stamtąd strącić. Wprowadza masę interesujących pomysłów do gatunku i nieustannie trzyma poziom, który zadowoli wielu podejrzewam nawet najbardziej wymagających weteranów gatunku. Polecam gorąco. Zaryzykuję stwierdzenie że jest to powieść lepsza od tego co teraz czytacie,albo mieliście zamiar czytać. Porzućcie ten zamiar i łapcie Z Mgły Zrodzonego. Na pewno warto.
czwartek, 3 grudnia 2015
Czyżby nowy Brett ?
Dzisiaj wracamy do autora, który ostatnio dominował w moich publikacjach czyli znanego wam dobrze Petera V. Bretta. Jestem świeżo po lekturze drugiej części jego Tronu z Czaszek. I uwaga są innowacje, małe bo małe i o różnym stopniu atrakcji i użyteczności ale są. Co to za innowację zaraz wszystkiego się dowiecie.
Pierwsza rzecz która od razu się rzuca w oczy po otworzeniu pierwszej strony za okładką to mapa. <Tutaj przydałby się dźwięk fanfar>. Ktoś wpadł na to co prawda w dopiero czwartym tomie, ale lepiej późno niż wcale, że może coś takiego by się przydało. Druga sprawa że świat nie jest bogaty i jest tam zaznaczone z pięć punktów na krzyż, ale ważne jest że mamy orientację odległości między nimi i lepsze wyczucie kierunków. Brawa za tą jakże podstawową nowość. Jeśli ktokolwiek z czytelników fabryki ma kontakt dobry z Fabryką Słów może im zasugerować żeby taka mapa była obecna w każdym tomie począwszy od pierwszego w przyszłych wydaniach.
Drugą rzeczą która też się ukaże wam jak zajrzycie tym razem na sam koniec powieści będzie słownik wyrazów używanych przez naszych Muzułmanów, którzy udają że nimi się są czytaj Krasjan. Nareszcie jest zebrany i szerzej wytłumaczony szereg tych neologizmów autorstwa Amerykanina jak się okazuje (przepraszam za Brytyjczyka Panie Brett), i mamy też etymologię tych słów przynajmniej w części przypadków. Brawo po raz kolejny to na pewno tez się przyda, zwłaszcza takim którzy lubią takie sprawy drążyć, przykładowo autor tego bloga.
I uwaga na tym nie koniec trzecią najmniej przydatną innowacją w gruncie rzeczy ale też w jakiś sposób jest drzewo genealogiczne rodu Jardira. Mamy tam rozpiskę jego dziedzictwa. Fakt że posiada on kilka żon rzeczywiście nie ułatwia sprawy w śledzeniu, ile ma tych pociech młodych, i z kim. Może niektórzy uznają to wręcz za najbardziej przydatną rzecz.
Przejdźmy teraz do rzeczy, które są właściwą oceną książki, czyli oceny fabuły i całej reszty jej treści. W dziele Bretta dzieje się pod samego początku tradycyjnie sporo, u wielu bohaterów w wielu miejscach na raz i tradycyjnie skaczemy rozdziałami z jednej lokacji na drugą. Wszystko to konstruowane i prowadzone jest w niesamowitym tempie i rozwija się to wszystko w bardzo dobrym kierunku. Trzeba wspomnieć, że jest parę momentów niesamowicie mocnych, które naprawdę wyjątkowo chce się czytać, i które niewątpliwie podnoszą wartość utworu. Rozdziały genezy są tym razem na szczęście skrócone i możemy się skupić na weteranach serii. A właściwie na wszystkich którzy wcześniej stanowili mimo wszystko tło dla Arlena i Jardira.
Cała książka się skupia na pozostałych bohaterach i dobrze jej na tym wychodzi. Sytuacja między dwiema frakcjami jest na tyle napięta, i bogata w szczegóły, że daje to miejsce dla popisu dla wielu postaci na wykazanie się, i rzeczywiście z tej okazji korzystają. Moją ulubioną postacią z tego tomu jest księżna matka Arienne, która ma rzeczywistą władzę w księstwie, i jest mózgiem głównego ośrodka obrony przed muzułmanami. Jej kreacja jest rzeczywiście dobra i wciągająca.
Nie mam co pisać o stylu, bo już dobrze się zorientowaliście jaki jest i jaki nie jest. Brett jest tutaj boleśnie konsekwentny. Moją opinię o nim dawno już znacie więc nie będę się powtarzał.
Teraz muszę wspomnieć o końcówkę tego tomu, która budzi największe kontrowersje. Moim zdaniem jest ona niespójna z całokształtem sagi. Jest co prawda logiczna, i nie ma tam działań kompletnie oderwanych od jakiegokolwiek sensu, ale nie pasuje mi ona do końca. Mam wrażenie jakby Amerykanin chciał zakończyć z pompą, i widział że zbliżał się do zakończenia bez pomysłu, i po prostu napisał to co mu pierwsze przyszło do głowy, albo miał po prostu taką wizję, i rzeczywiście od początku zamierzał tak kwestię rozwiązać. No nic pozostaje nam czekać na piąty ostatni tom sagi i wtedy będziemy wiedzieć na pewno co autor miał na myśli.
Pierwsza rzecz która od razu się rzuca w oczy po otworzeniu pierwszej strony za okładką to mapa. <Tutaj przydałby się dźwięk fanfar>. Ktoś wpadł na to co prawda w dopiero czwartym tomie, ale lepiej późno niż wcale, że może coś takiego by się przydało. Druga sprawa że świat nie jest bogaty i jest tam zaznaczone z pięć punktów na krzyż, ale ważne jest że mamy orientację odległości między nimi i lepsze wyczucie kierunków. Brawa za tą jakże podstawową nowość. Jeśli ktokolwiek z czytelników fabryki ma kontakt dobry z Fabryką Słów może im zasugerować żeby taka mapa była obecna w każdym tomie począwszy od pierwszego w przyszłych wydaniach.
Drugą rzeczą która też się ukaże wam jak zajrzycie tym razem na sam koniec powieści będzie słownik wyrazów używanych przez naszych Muzułmanów, którzy udają że nimi się są czytaj Krasjan. Nareszcie jest zebrany i szerzej wytłumaczony szereg tych neologizmów autorstwa Amerykanina jak się okazuje (przepraszam za Brytyjczyka Panie Brett), i mamy też etymologię tych słów przynajmniej w części przypadków. Brawo po raz kolejny to na pewno tez się przyda, zwłaszcza takim którzy lubią takie sprawy drążyć, przykładowo autor tego bloga.
I uwaga na tym nie koniec trzecią najmniej przydatną innowacją w gruncie rzeczy ale też w jakiś sposób jest drzewo genealogiczne rodu Jardira. Mamy tam rozpiskę jego dziedzictwa. Fakt że posiada on kilka żon rzeczywiście nie ułatwia sprawy w śledzeniu, ile ma tych pociech młodych, i z kim. Może niektórzy uznają to wręcz za najbardziej przydatną rzecz.
Przejdźmy teraz do rzeczy, które są właściwą oceną książki, czyli oceny fabuły i całej reszty jej treści. W dziele Bretta dzieje się pod samego początku tradycyjnie sporo, u wielu bohaterów w wielu miejscach na raz i tradycyjnie skaczemy rozdziałami z jednej lokacji na drugą. Wszystko to konstruowane i prowadzone jest w niesamowitym tempie i rozwija się to wszystko w bardzo dobrym kierunku. Trzeba wspomnieć, że jest parę momentów niesamowicie mocnych, które naprawdę wyjątkowo chce się czytać, i które niewątpliwie podnoszą wartość utworu. Rozdziały genezy są tym razem na szczęście skrócone i możemy się skupić na weteranach serii. A właściwie na wszystkich którzy wcześniej stanowili mimo wszystko tło dla Arlena i Jardira.
Cała książka się skupia na pozostałych bohaterach i dobrze jej na tym wychodzi. Sytuacja między dwiema frakcjami jest na tyle napięta, i bogata w szczegóły, że daje to miejsce dla popisu dla wielu postaci na wykazanie się, i rzeczywiście z tej okazji korzystają. Moją ulubioną postacią z tego tomu jest księżna matka Arienne, która ma rzeczywistą władzę w księstwie, i jest mózgiem głównego ośrodka obrony przed muzułmanami. Jej kreacja jest rzeczywiście dobra i wciągająca.
Nie mam co pisać o stylu, bo już dobrze się zorientowaliście jaki jest i jaki nie jest. Brett jest tutaj boleśnie konsekwentny. Moją opinię o nim dawno już znacie więc nie będę się powtarzał.
Teraz muszę wspomnieć o końcówkę tego tomu, która budzi największe kontrowersje. Moim zdaniem jest ona niespójna z całokształtem sagi. Jest co prawda logiczna, i nie ma tam działań kompletnie oderwanych od jakiegokolwiek sensu, ale nie pasuje mi ona do końca. Mam wrażenie jakby Amerykanin chciał zakończyć z pompą, i widział że zbliżał się do zakończenia bez pomysłu, i po prostu napisał to co mu pierwsze przyszło do głowy, albo miał po prostu taką wizję, i rzeczywiście od początku zamierzał tak kwestię rozwiązać. No nic pozostaje nam czekać na piąty ostatni tom sagi i wtedy będziemy wiedzieć na pewno co autor miał na myśli.
Subskrybuj:
Posty (Atom)