środa, 23 marca 2016

Łotry, elfy, krasnoludy, królowie, jest jeszcze szansa na coś nowego w tym wszystkim ?

Dziś wracamy do samej klasyki motywów  jak widzicie w tytule, i wędrujemy po świecie gdzie spotkamy właśnie elfów, krasnoludów czy nas ludzi. Nie ukrywam że sięgnąłem po książkę „Królewska Krew” Micheala J.Sullivana, bo zasugerowano mi że jest o dwóch łotrzykach, i ogólnie kręci się wokół takiej tematyki. Rozochocony po Lynchu oczekiwałem czegoś, co przynajmniej próbowałoby zbliżyć się poziomem do tego autora. I mówiąc bardzo krótko i konkretnie, średnio to wyszło. Dodatkowo Sullivan narzucił sobie ograniczenia związane z rasami, gdzie ciężko o coś nowego I teraz pytanie czy z tego da się jeszcze coś wycisnąć, czy jednak mamy do czynienia z powieścią maksymalnie wtórną, gdzie znajdziemy w jej treści tylko nudę i będziemy zmuszeni porzucić wszelką nadzieję ? Otóż rozwieję wszelkie wątpliwości poprzez napisanie tej recenzji.

Początek jest przyznam trochę ślamazarny. Nie to że mam odruch odrzucenia zupełnego i rezygnacji, ale jest z nim dość cienko. Nie porywa w żadnym wypadku, i męczy często i gęsto. Niby coś tam się dzieje, ale nie przykuło to na dłużej mej uwagi. Brakuje w tym wszystkim solidnego uderzenia jak u Hitchcocka. A jeśli chcemy powoli rozbudowywać napięcie to jednak dzieje się to wszystko na mój gust trochę za wolno. Ale jeśli założymy że ten początek was nie zraził skutecznie do dalszej lektury to środek powieści i zakończenie potrafią już zatrzymać przy sobie i kartki lecą bez problemu. Nie rozpędzałbym się ze stwierdzeniem że jest epicko jak u Sandersona czy Lyncha ale też nie ma takiego potencjału. Pewnego pomysłu który mógłby pokazać rozmach. To wszystko jest za ciasne, za hermetyczne w swych założeniach.

Zacznijmy od tego że nie uświadczymy praktycznie żadnej magii. Jest ona znikoma bardzo i skąpa i niezbyt efektowna. Po drugie użyte rasy, które wszyscy znamy i które zawsze będziemy postrzegać przez pryzmat stereotypów o nich. Jak elf to taki czy siaki, jak krasnolud podobnie. Pewną nowością na swój sposób jest jednak to że jedni są na modłę Sapkowskiego(z pewnymi zmianami), a drudzy z kolei bardziej przypominają to co znamy z Dragons & Dungeons. Pokrótce długousi są prześladowani i niemile widziani, a krasie to znakomici rzemieślnicy. O nas, w sensie ludziach nie musze mówić bo autor nas oddał w dość wiarygodny sposób, aczkolwiek może za szlachetny.

To co jest niewątpliwa cechą  charakterystyczną to styl Sullivana. Jest on niezaprzeczalnie nazwijmy to czysty, grzeczny, ułożony. Nie przypominam sobie wulgaryzmów ani podobnych rzeczy. Nie ma też błędów, niedomówień ani innych tego typu rzeczy. Wszystko jest przekazane bardzo starannie. Z jednej strony to dobrze, bo przyjemnie się czyta rzecz tak zadbaną pod tym względem,  a z drugiej strony to tu nikt nie robi błędów, jak mówi ? Nie przeklnie na kogoś albo nawet sam do siebie ? Wszyscy tacy „ulizani językowo” ? Trochę to odbiera pewnej wiarygodności.

Jeśli chodzi o bohaterów to autor trzyma się ludzi przede wszystkim i oni stanowią praktycznie jedyną grupę postaci wokół których dzieje się akcja. I niestety ale nie łamie on typowych stereotypów i jego wizerunki zalatują trochę nudą. Mamy sztampowego nieufnego, ostrożnego, ale w gruncie rzeczy  o dobrym sercu łotrzyka, i zupełnie łagodnego, otwartego, serdecznego, szlachetnego kompana wojownika. Może daleko mu z tym wszystkim do Aragorna, bardziej przypomina takiego dobrego wujka, ale schemat pozostaje. Pojawia się też mnich i król, którzy także jakoś specjalnie się nie wybijają. Także Pan Sullivan nie dostanie punktów za postacie.

Może świat przedstawiony coś tutaj uratuje ? No cóż cytując pewne popularne powiedzenie Nadzieja matką głupich i znów tutaj nie wyjdziemy poza ramy kompletnej przeciętności. Są miasta, wsie, tawerny ( i nie łudźcie się że znajdziecie coś jak Pod Rozbrykanym Kucykiem, albo Pod Gorejącym Człekiem, tudzież Pod Pomocną Dłonią). Jestem świeżo po lekturze, a już ciężko by mi było wymienić nazwę jakiegoś miejsca. Przykro mi, ale niestety tak to wygląda.

Jak tak dotrzecie do tego punktu w recenzji to może wam przyjść pytanie do głowy dlaczego właściwie to przeczytałem kiedy z każdego akapitu mówię że nie ma się tu czym zachwycać. Otóż może sprawia to styl, albo fabuła jak już się rozkręci, albo nawet ten może niezbyt ambitny, ale skuteczny w bawieniu humor, który od czasu do czasu się pojawia, albo ogólnie taki dość lekki, pomimo sugerowanej powagi wydarzeń klimat, mogło to być to wszystko na raz, ale jakoś nie musiałem się specjalnie zmuszać aby przebrnąć przez „Królewską Krew”. Ba nawet się w to wszystko wciągnąłem. Nie jest to poziom Lyncha, brakuje mu do Sandersona czy Kaya,  ale jak skończą się wam opiewani przeze mnie w superlatywach autorzy, to myślę Sullivana możecie czytać bez problemów. Ja tak czy siak zdecydowałem że następnym tytułem jaki tu zagości będzie Wieża Elfów. Drugi tom z cyklu o łotrzyku i jego towarzyszu.




wtorek, 1 marca 2016

Mroczna, dojrzała, abstrakcyjna Czarodziejka z Księżyca.

Dziś kolejna recenzja anime, które miałem przyjemność oglądać a mianowicie Mahou Shoujo Madoka Magika. I muszę otwarcie przyznać że jest to pod paroma względami najdziwniejsza rzecz jaką w życiu widziałem, co stanowi o jej oryginalności, ale też nie jest to japońska animacja dla każdego.

Zacznijmy od tego że głównymi bohaterami są małe dziewczynki chodzące jak normalne do szkoły, dyskutujące zawzięcie (mówiąc eufemistycznie) na korytarzach, przerwach i tak dalej. Pewnego dnia gdy ratują pewne stworzenie ich życie się zmienia nie do poznania. Wtedy się zaczyna prawdziwa historia, którą poznacie sami. Na początku jest ciężko połapać się o co w tym chodzi i są momenty gdzie człowiek ma trochę dość, ale potem wręcz chłonie się to wszystko mniej więcej tak jak sucha gąbka wodę. Seria jest dość krótka i na pewno nie będziecie narzekać na dłużyzny. Akcja posuwa się do przodu w różnym tempie, są momenty wyciszenia i gwałtownych wybuchów wydarzeń.

Momenty sielankowe zawierają jeden z najsilniejszych punktów tego anime czyli dialogi. Zwłaszcza w późniejszych epizodach stoją one na naprawdę wysokim poziomie i z ogromną chęcią czytałem je po kilka razy analizując. Naprawdę warto się na nich skupić i posłuchać co te dziewczynki mają do powiedzenia.

Bohaterki przysparzają problemów w ocenie, bo są jednocześnie bardzo dojrzałe w niektórych kwestiach, a w innych tak dziecinne i naiwne że ciężko uwierzyć że to te same osoby.  Niestety ta produkcja należy do gatunku mahou shoujo, co narzuca pewne ramy. Twórcy co trzeba im oddać dosyć luźno je traktują, ale dalej zachowali niestety najbardziej irytujące cechy charakterystyczne. Należy do nich konieczna ilustracja stereotypowych problemów nastolatek czyli romanse, makijaż i inne tego typu sprawy. Niestety razi też naiwność w niektórych przypadkach oraz brak jakiejś logiki czy umiejętności wyciągania wniosków, ale może zapomniałem jak to jest mieć te naście lat. 

Zwłaszcza jedna z postaci wybija się ponad przeciętność, nie schodzi poniżej pewnego poziomu i pozostaje na nim całą serię. Druga  z nich stanowi jakby przeciwieństwo bo na mój gust ma o wiele większy potencjał, który ujawnia dopiero w dwóch ostatnich odcinkach. Tak to nie robi praktycznie nic innego tylko denerwuje nas odbiorców postawą takiej bezsilnej zupełnie beksy. Pozostała "plejada gwiazd" jest na przyzwoitym poziomie, ale jest trochę schematyczna wpisując się gładko w pewne archetypy, aczkolwiek jest kilka momentów kiedy z niego wychodzą, więc nie są to przypadki beznadziejne. Trzeba też powiedzieć że te dziewczynki nie są osobami banalnymi. Mają jak na swój wiek skomplikowane osobowości i różnego rodzaju problemy, które wcale nie są płytkie do końca.

Od strony technicznej niestety ale animacja w MSMM wyraźnie momentami kuleje. I same wizerunki postaci wydają się jakby lekko niedopracowane w stosunku do tego co widziałem przykładowo w Fate/Zero. Możemy zauważyć momenty że bohaterka jakby krzywo w sposób mało anatomiczny stawia nogi, albo wykonuje dziwne ruchy głową czy ręką. Za to tym co przedstawia wybitny wręcz poziom jest muzyka. Ta jest dopieszczona do granic możliwości i tworzy niepowtarzalny nastrój. Prawdziwy artyzm w najlepszym wydaniu. Jest też pewna kwestia która znów stanowi  znów taki ambiwalentny argument tego anime. Mianowicie estetyka, która jest bardzo specyficzna, zwłaszcza w momentach walk. Oczywiście mamy do czynienia z sytuacjami gdzie mała dziewczynka ciska bronią trzy - metrową, która waży cztery razy więcej ona, ale w końcu są one magiczne. To co może się podobać albo razić to "wystrój" walk. Otóż toczą się one w scenerii, którą można określić jako taką psychodeliczną, pełną abstrakcyjnych obrazów, przy których Salvador Dali to amator. I takie postawienie sprawy przez autorów może im przysporzyć nowych odbiorców albo ich stracić zależy od gustu. Dla mnie było to interesujące, ale nie powiem żebym takich momentów wyczekiwał.

Dlaczego mielibyście ostatecznie poświęcić swój cenny czas na PMMM czy też MSMM ? Duża dawka czegoś nietypowego. W wielu momentach byłem zaskakiwany  kompletnie oryginalnym pomysłem, designem. Druga rzecz na pewno była to historia o wiele bardziej poważna, dramatyczna niż można się tego spodziewać po wyglądzie bohaterek i gatunku jako takim. Trzy wrażenia słuchowe są absolutnie genialne i stanowią niezaprzeczalny atut. Nie powiem żeby ta animacja strąciła z piedestału Fate/Zero ale na pewno nie żałuję że ją obejrzałem.

poniedziałek, 8 lutego 2016

Gral na horyzoncie, siedem wielkich rodów japońskich na froncie.

Niedawno wbrew sobie w pewnym sensie(Ci co mnie osobiście znają wiedzą jakie mam podejście do tematyki "bajek ze wschodu") postanowiłem dać się przekonać do anime zwanego Fate/Zero. Już teraz mogę powiedzieć z pełną świadomością że wszelkiego rodzaju powszechnie znane serie typu Dragon Ball, Naruto, Bleache, i inne szmery bajery mogą się schować.

Zacznijmy od tego co stanowi o niesamowitej sile przebicia tej produkcji czyli nie o jej historii opartej na niezbyt skomplikowanym schemacie wszechpotężnego artefaktu magicznego, ale za to o przebogatych perturbacjach po drodze do niego. Naprawdę historia jest strasznie wciągająca, dojrzała jak wino wieloletnie, soczysta jak pomarańcza, epicka jak Apokalipsa według świętego Jana. Więcej takich historii w innych mediach proszę ja was.

Jaki jest koncept ? Gdzieś w rejonie Fujima w Japonii pojawia się Święty Gral zdolny spełnić jedno życzenie dla tego kto wygra o niego wojnę przy użyciu przywoływanych "heroicznych duchów". Mają go szansę zdobyć Ci, którzy zostali przez niego wybrani, i mają relikt do odprawienia rytuału przywołania. Te spirytualne istoty to awatary postaci historycznych, tudzież mitologicznych reprezentujących siedem "klas postaci". Są to: Jeździec, Szermierz, Łucznik, Berserker, Włócznik, Mag, oraz Asasyn.  Wybrańcy Grala mają do swej dyspozycji trzy czary kontroli, które są ostatecznym narzędziem narzucenia swej woli danemu duchowi.

Niewątpliwym atutem tej serii jest interpretacja twórców dotycząca wybranych przez nich postaci. Jak zobaczyłem w akcji, i rozpoznałem niektóre z nich to potem aż się cieszyłem jak się pojawiały na ekranie, i mogłem zobaczyć ich reakcje i dialogi. Trzeba przyznać że czuć charakter,osobowość ich wszystkich i łatwo jest uwierzyć że tak dana osoba  mogłaby się zachowywać, w danej sytuacji. Dużą część frajdy jest też w tym żeby odkryć źródło inspiracji, a w niektórych przypadkach jest to naprawdę trudne. Mi się udało określić pięć z siedmiu postaci co uważam za rewelacyjny wynik.

Oprócz tego oczywiście nie może się obyć bez efektowności a tej jak to u Japończyków na pewno na nie zabraknie. Momentami oczywiście jest jej za wiele i zwykłe muśnięcie się ostrzy potrafi wywołać większe trzęsienie niż te towarzyszące uskokowi w San Andreas, ale są to na szczęście sytuacje naprawdę sporadyczne. Ogólnie macie popis różnych iluminacji,wybuchów, magii i innych takich, i na pewno nie można zarzucić nudy.

To co jeszcze trzeba powiedzieć o Fate/Zero to duża doza starć na tle moralnym, filozoficznym, koncepcji władzy, ideologicznym. Scena dyskusji trzech królów to absolutne mistrzostwo, czy inne w późniejszych momentach serii, o których nie mogę powiedzieć aby nie zdradzić fabuły. Często do nich wracam, aby odświeżyć sobie te różne podejścia do tak wielu spraw, jakie porusza ta seria. Spokojnie nad niektórymi dialogami można by pisać wielostronicowe eseje i to bez ostatecznego rozstrzygnięcia danego dylematu.

Przejdźmy do bohaterów. Powiedziałem wam co nieco o duchach także powiem tym razem o tych którzy teoretycznie przynajmniej mają nad nimi władzę. Jest to niesamowita plejada osobowości, która ma równie różnorodne motywy do sięgnięcia, (albo i nie sięgania w jednym przypadku) po Grala.  Obserwowanie poczynań magów jest równie fascynujące a w niektórych momentach nawet i lepsze niż starć słownych i fizycznych awatarów.  Co prawda niektórzy wywołują skrajne emocje w tym obrzydzenie w moim przypadku, ale o te odczucia przede wszystkim chodzi. Zwłaszcza dwie postacie wybijają się na pierwszy plan Kotomine Kirei i Emiya Kiritsugu. Temu drugiemu kibicowałem od samego początku, a potem nie wiedziałem już co myśleć po tym jak to się zakończyło.

Dalej dźwięk stoi na naprawdę wysokim poziomie. Efekty pasują do tego co się dzieje na ekranie, dialogi są świetnie zdubbingowane, a muzyka emocjonalna we właściwy sposób. Tutaj nie mogę się przyczepić właściwie do niczego.

Kreskę jest mi ciężko oceniać, bo nie mam za wielkiej skali porównawczej, w związku z tym ciężko jest mi się wypowiadać, ale nie widziałem błędów, zgrzytów, wszystko jest estetyczne, wyraźne i czytelne wiec czego chcieć więcej.

A teraz to co mnie irytuje, ale jeśli będę chciał doświadczać więcej anime to będę musiał się przyzwyczaić. Przede wszystkim macki, jest kilka scen zaledwie z ich udziałem, ale jak się pojawiają to jest ich prawdziwe zatrzęsienie. Czy naprawdę mag nie może mieć innej mocy jak przyzywanie tego cholerstwa ? Naprawdę to jest trochę monotematyczne. Przydałoby się coś innego w repertuarze, element zaskoczenia, cokolwiek. Nie - wciskamy to badziewie wszędzie gdzie się da. A i jeszcze robaki, które są tak ohydne, i w takiej ilości że trzeba to zagryźć po obejrzeniu odcinka tortem weselnym aby zabić tą żółć, która się pojawiła w gardle na skutek oglądania tych scen. Ale trzeba zaznaczyć - ten ostatni wspomniany motyw jest przekonywujący i oryginalny.

Druga rzecz o mniejszym znaczeniu to przesadna teatralność niektórych scen. Hiperbolizując sytuację w celu wyjaśnienia o co mi chodzi śpieszę z przykładem. Załóżmy że postać robi kanapkę na śniadanie. W normalnej zachodniej koncepcji nie robi się z tego dylematu, czy jakiejś szczególnej sceny a u Japończyków potrafi to być sprawa życia i śmierci. Z niezwykłym pietyzmem nasz bohater będzie rozsmarowywał masło na kromce, jednocześnie snując filozoficzne myśli godne epikurejczyków w starożytnej Grecji.  Nie to żeby taka sytuacja nie była możliwa, tylko że tutaj jest ich nadmiar i to drażni.

Ostatnim elementem jest pojawienie się słodkiej dziewczynki. Na szczęście jest ona ostrożnie dawkowana, i nie powoduje epilepsji swoją nazwijmy to kolokwialnie postawą życiową, która w przypadku takich młodzików wręcz się z nich wylewa.  I tylko jej wygląd sugeruje że mogłaby należeć do moe(sprawdźcie co to oznacza).

Aby zakończyć ten jakże długi wywód, powiem że jeśli jesteście w stanie przełknąć to jakże gorzką pigułkę że tak jest to anime, tak estetyka japońska i tak są te ..... macki to doświadczycie czegoś niesamowitego, co będzie w waszej pamięci na długo. Amen.






wtorek, 2 lutego 2016

Nasłynniejszy portret literacki świata

Dziś recenzja jednej z klasyki światowej literatury. Będziemy oglądać i śledzić losy oblicza Greya, które jest tu motywem przewodnim. Nie chodzi mi tu bynajmniej o tego Pana z tego khm khm górnolotnie nazwijmy to erotyku pisanego, a o Doriana w którym zostaje na skutek pewnego dialogu rozpalona pasja i miłość do samego siebie do pewnego dość skrajnego poziomu. Z tej książki dowiemy się wiele o samouwielbieniu, pasjach, namiętnościach przyjemnościach a także naturze człowieka. Jest to kopalnia cytatów o wielu zastosowaniach, odnoszących się do wielu aspektów naszego życia. Bez problemu można je odnieść do współczesnych czasów.

Dorian Grey to człowiek około trzydziestki, który pozuje dla pewnego malarza zachwyconego jego urodą. W trakcie tej artystycznej czynności dołącza do nich mój faworyt, jeśli chodzi o ulubionego bohatera, czyli lord Henry, który wywiera monstrualny wpływ na naszego młodziana. Otwiera przed nim świat, którego nie znał, świat w którym najcenniejsza jest młodość, siła ciała i umysłu z tym związana, i korzystanie z chwili. Opisuje starość jaką swoistą klątwę za wcześniejsze czasy, właściwie taką długotrwałą agonię i przestrzega Doriana aby ten nigdy się nie starzał.

Siłą niebywałą tej książki stanowią dialogi i monologi, akcja jest jakby obok. Ja czytałem te wszystkie wypowiedzi i byłem zafascynowany pewną filozofią  w nich zawartych. Henry co chwila rzucał mądrościami, nad którymi można się rozwodzić całymi dniami i napisać tutaj niejedną notkę. Przykładem może nie aż tak ambitnym jest "Prawdziwe piękno zaczyna się tam, gdzie kończy inteligentny widok". U mnie wywołało to serdeczny uśmiech na twarzy i zastanowienie się dłuższe czy rzeczywiście tak jest. A jeszcze lepszych perełek jest tam naprawdę masa. Co jakby zastanawiające większość z nich jest niebywale prawdziwa i ciężko się z Panem Oscarem Wildem nie zgodzić.

Stylowo książka stoi po mistrzowsku. Autor lubi zatrzymać akcję i opisać środowisko w jakim się ona dzieje, napisać zdania czy dwa o ćwierkających ptaszkach, świecącym słonku. Rysuje przed nami piękne krajobrazy za oknem, żeby potem z siłą huraganu studiować ludzką naturę. Jest w tym pewna magia, i odpowiednie stosowanie tempa. Momentalnie jesteśmy wciągnięci w atmosferę Londynu i wręcz nią przesiąkamy. Bez trudu wyobrażamy sobie wszystko to co opisuje nam pan Oscar.

Fabularnie jakoś wybitna nie jest, aczkolwiek na pewno nie banalna. Są momenty które kompletnie zaskakują, skutki, których nie da się przewidzieć i to jak najbardziej cieszy. Ale też akcja jest w tym wszystkim jakby obok. Zdaję się być elementem po prostu koniecznym aby pozycja uzyskała miano powieści a nie eseju filozoficznego. Z całą tą otoczką portretu zyskuje to po prostu dodatkowego, niezaprzeczalnego smaczku.

Podsumowując Portret Doriana Greya jest lekturą wręcz fascynującą. Śledziłem z "wypiekami na twarzy" wszystkie wypowiedzi bohaterów, ich przemiany, a zwłaszcza protagonisty oraz nawet teoretycznie najmniej istotny element czyli otoczenie. Dawno nie czytałem czegoś równie dobrego, tak napisanego. Na pewno nie zostawi was obojętnym ta pozycja i będziecie ją często rozpamiętywać. Nie macie nawet się co wahać, tylko od razu próbować ją zdobyć. Jeden niezapomniany wieczór zapewni wam na pewno.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Początki Ery Smoka

Mi samemu mi się spodobały moje recenzje gier, więc będę dalej próbował swych sił w tym temacie. W końcu ja mam tu władzę i jej bezwzględnie używam. Tak czy siak dziś kolejna rzecz z tak zwanej "stajni Bioware" i to jeden z jej nowszych jako tako produktów w porównaniu do poprzedniego KOTOR-a a mianowicie Dragon Age:Origins. Gra którą przeszedłem wzdłuż i wszerz. Od razu zaznaczę że mogę być trochę mało obiektywny bo kocham te universum, ale postaram się powstrzymać mój entuzjazm na wodzy. Przynajmniej w niektórych przypadkach.

Jak tu inaczej zacząć jak nie od początku czyli tworzenia postaci. Tutaj czeka na nas myk bo zdecydowano się na różne historie w zależności od wyboru pochodzenia i rasy naszego protagonisty. Ten fragment nie jest za długi i w którymś momencie i tak trafiamy na punkt wspólny, ale mimo wszystko zasługuje to na uwagę i jest ciekawym zabiegiem. Dla tych którzy mnie nie znają osobiście powiem że u mnie nie mogło być innego wyboru i postawiłem na elfkę miejską, klasa łotrzyk. Trzeba też zaznaczyć, że mamy naprawdę sporo opcji co do wyglądu, a jak ktoś nie chce się w to bawić, to ma gotowce.

Jak już dotrzemy do punktu zbornego dla wszystkich, to zaczyna się prawdziwa rozgrywka. Wędrujemy po różnych krainach i różnistych zamkach, i różnych obiektach w celu zdobycia wszelkiego rodzaju środków pomocnych w walce z ostatecznym złem (jak na porządne, epickie RPG przystało). Te miejsca które odwiedzimy są ciekawe i różnorodne, choć zwłaszcza wnętrza niektórych pomieszczeń mogły by być bogatsze w detale. Jak wędrujemy przykładowo po wieży magów, to ciężko się obyć bez wrażenia że mijamy bardzo podobne do siebie kwatery. Ale z drugiej strony pokoje w akademikach wyglądają tak samo(choć to akurat daleko idące uproszczenie, podejrzewam że studenckie życie i potrzeba ekspresji własnego ja wygra z każdym pokojem). Ale za to jak trafimy do lasu  Brelican, czy też do krasnoludów z Orzammaru, to tam nie będziecie się mogli doczekać dalszej wędrówki.

Jakże  jest to pełnokrwisty RPG to co musi się w nim znaleźć ? Towarzysze oczywiście i tym razem BioWare nie zawodzi. Co prawda nie jest to poziom KOTOR-a ale dalej mamy ludzi i nie tylko o których trudno będzie nam zapomnieć. Niezaprzeczalną perełką jest Morrigan, postać uwielbiana (zresztą słusznie) przez wielu i przez autora bloga włącznie. Jej dialogi są mistrzowskie i to nie tylko z bohaterem, ale wszystkie utarczki słowne z pozostałymi członkami drużyny też, aż z przyjemnością się śledzi. Na uwagę zasługuje także Alistar i jego próby dowcipkowania, czy też w moim przypadku Wynne i jej babciowanie, oraz Lelianna z jej pobożnością. Nawet trochę sztampowy Orghren potrafi kompletnie zmienić nastrój na pozytywny swoim jednym tekstem. Niestety Sten nie potrafi się przebić do tej plejady gwiazd, ani Zevran. A no i gra od Kanadyjczyków pozwala także na romanse, niektóre z nich nawet biseksualne. Większość z nich jest ciekawa i warto spróbować zdobyć czyjąś sympatię a nie tylko kompana z którym się niejedno przeżyło. Jest też wskaźnik aprobaty o którą warto zadbać u każdego, bo co mnie trochę zdziwiło, ale dodaje to dodatkowe statystyki dla danej postaci, i to taką która jest jej niezbędna. Każdy nasz dialog zmienia wartość tego indykatora. W razie jakby coś nam nie poszło na pomoc przychodzą nam prezenty, którymi możemy kogoś obdarować, niektóre z nich wywołają nawet specjalną reakcję.

Na potrzeby Dragon Age zostało napisane całe uniwersum z zasadami magii, rasami, krainami i tak dalej. Trzeba przyznać że jest tego masa, i jest co czytać jak ktoś lubi się w to zagłębiać (taki przykładowo ja). I jest to wszystko spójne, i nie ma przy tym jakichś potknięć. Podczas gry zbieramy wpisy do kodeksu, które właśnie zawierają wszelkiego rodzaju informacje, a także uzupełniają samouczek.  I myślę że warto to zrobić, bo to tylko wzbogaci nasze doświadczenie o masę dodatkowych smaczków.

A jak fabularnie i questowo stoi nasza Era Smoka ? Może zadanie główne jako takie nie jest specjalnie oryginalne i odkrywcze, ale poboczne niejednokrotnie was zaskoczą. Wędrówka do świata magii, spotkanie z duchem strażniczym, wilkołakami, a nawet swatanie to tylko niektóre rzeczy które was spotkają. Mogę tylko narzekać że zadania z tablicy, zwłaszcza dla magów są niestety schematyczne i zrobiłem je raczej z pewnego obowiązku niż przyjemności. Zresztą fabuła główna często wymaga że zanim dostaniesz to czego chcesz, ja muszę dostać coś czego ja chcę, a tego czegoś nie chce oddać ten Pan czy ta Pani, bez dostania czego chce i tak dalej. Dodatkowo klimat panujący jest dość mroczny i często i gęsto będziecie podejmować niełatwe decyzje fabularne.

Posuwając się dalej mamy grafikę, muzykę i całą resztę technicznych aspektów. Wizualnie gra się broni, modele postaci są naprawdę dobre, i tylko tradycyjny zarzut o tą słynną krew na stroju w obfitych ilościach nawet jak zabijemy szczura. Poza tym NPC i nie tylko cieszą oczy i nie rażą jakimiś niedociągnięciami. Efekty są dopracowane, i kula ognia robi wrażenie, tudzież wywoływanie masowej paniki, burzy błyskawic, i różne takie. Muzycznie z kolei ścieżka jest bardzo przyjemna i epicka w odpowiednich momentach, i nostalgiczna jak tego wymaga sytuacja. Mi się bardzo spodobał motyw główny witający nas w menu, i często w nim siedziałem aby tylko posłuchać tego kawałka, a zwłaszcza jego początku zaśpiewnego. Co do sztucznej inteligencji, to broni się ona zdecydowanie. Mamy do ustawienia masę opcji taktycznych, zwłaszcza jak zainwestujemy w to punkty, jak tam ustawimy co trzeba i jak chcemy to nie musimy sterować nikim innym jak naszym bohaterem, reszta postaci sobie zdecydowanie poradzi. Bez tego może być różnie, zwłaszcza w trudniejszych przypadkach, ale też nie powinno to stanowić problemu. A trzeba też zaznaczyć że Dragon Age nie ułatwia zadania i nawet na normalnym stopniu trudności potrafi zabić taktycznego klina. Gra obecnie też będzie działała wam płynnie i myślę że obecna wersja nie zostawiła jakiś bugów, które bym odnotował.

Rozwój towarzyszy i naszego protagonisty oferuje całkiem sporą liczbę opcji, ja swoim łotrzykiem miałem możliwość "pójścia" w pełnego tak zwanych buffów barda, stawiającego na szybkiego eliminację celów zabójcę,zaznajomionego ze zwierzętami łowcę oraz sprawnego szermierza. Talenty też mogłem inwestować w rozwój sztuki posługiwania się określonym rodzajem broni. W moim przypadku była to kombinacja assasyna, duelisty i dwóch sztuk krótkiej broni. Dodatkowo dochodzą nam umiejętności typu perswazja, trucizny, pułapki czy kradzież. Co ciekawe niektóre ze ścieżek rozwoju można odblokować podejmując określone decyzje w grze, inaczej pozostają one niedostępne. Ponownie więc mamy bogactwo wyboru, oczywiście mamy też tradycyjne statystyki nieco zmodyfikowane. Zamiast inteligencji czy mądrości mamy siłę woli i magię i tak dalej. Towarzysze często mają przypisaną określoną ścieżkę, ale możemy tez dać im drugą, z czego warto skorzystać.

Podsumowując Dragon Age wielką grą jest ostatecznie pomimo pewnych niedociągnięć, które jednak nie pozwalają mu osiągnąć pułapu gry wybitnej jaką przykładowo jest KOTOR. Jednak oferuje na tyle dużo że naprawdę warto w niego zainwestować i zwiedzić z drużyną Thedas i pokonać to zło które nawiedziło tą krainę. Zwłaszcza że jak na dzisiejsze standardy jest to wyjątkowo długa przygoda.






piątek, 22 stycznia 2016

Stara Republika po raz pierwszy

Dziś drugie podejście do recenzji gry. Dla wielu jest to klasyk klasyków można by powiedzieć. Jedna z najlepszych produkcji w historii oparta na jakże znanym nam wszystkim universum Gwiezdnych Wojen. Star Wars: Knights Of The Old Republic odcisnęło swoje piętno i pokazało że da się zrobić naprawdę znakomitą grę RPG w tym świecie. Co czyni je tak genialnym ? Rozłożę całość na czynniki pierwsze, tradycyjnie oceniając poszczególne elementy i mam nadzieję że sami zobaczycie.

Zacznijmy od najważniejszego punktu czyli fabuły. Nie ma co ukrywać jest absolutnie zasysająca, z paroma odrobinie słabszymi momentami w postaci planety Maanan, która jest najmniej interesująca z tego wszystkiego i się trochę dłuży, ale Kashyyk, Dantooine, Taris, Korriban i inne miejsca na pewno zapadną wam w pamięci pod względem tego co się tam działo i nie tylko. Jest sporo momentów które kompletnie was zaskoczą, zmiotą z nóg, wywołają wszelkiego rodzaju emocje. Scenarzyści wykonali niesamowitą pracę tutaj i należą im się brawa.

Druga rzecz absolutnie niezbędna aby uznać grę za wielkiego RPG to towarzysze. I mamy tu plejadę gwiazd która do dziś jest wspominana z paroma wyjątkami. Słabszym według mnie punktem jest Carth Onasi, którego historia jakoś specjalnie nie zrobiła na mnie wrażenia jak ją już poznałem. Podobne odczucia mam co do Mission Vao, chociaż ona ma trochę swoich momentów. Dla kontrastu bezapelacyjnie najlepiej napisaną postacią, do dziś wspominaną jako jeden z najjaśniejszych punktów Biowaru to Bastilla Shan. Jest na tyle barwna, ma genialne dialogi i wątki osobiste, że była ze mną wszędzie, gdzie tylko można było, i nie żałowałem tego wyboru. Drugim ulubieńcem publiczności i krytyków jest Jolee Bindo. Poznajemy go zdecydowanie za późno. Ten człowiek swoimi tekstami, podejściem do wielu spraw, też sprawił że był punktem obowiązkowym wielu wypraw. Kolejną osobowością jest dla mnie Juhani, przez wielu uważana za jedną z tych mniej ciekawych, ale mi mimo wszystko jakoś się spodobała. I rodzynka zostawiłem sobie na koniec, a mianowicie HK-47. Co prawda jawnie on staje po stronie tej ciemnej, ale jego komentarze,łatwa irytacja i proponowane rozwiązania sprawią że też będziecie chcieli go zabierać ze sobą ustawicznie. Mogę powiedzieć że KOTOR w kwestii towarzyszy naprawdę nie zawodzi i stanowi oni zdecydowanie jeden z jaśniejszych punktów produkcji.

Teraz kolejna ważna kwestia, a mianowicie rozwój naszego bohatera i nie tylko. Mamy tutaj dość rozbudowany system statystyk wraz z standardowym pakietem typu zręczność, mądrość, charyzma i tak dalej, poprzez umiejętności hakowania, czy też perswazji, skradania się i tak dalej. Do tego dochodzi jeszcze pakiet nazwijmy to bojowych rzeczy na co składa się strzał krytyczny, czy też uderzenie wielokrotne mieczem, a jak już dorobimy się Jedi w naszym składzie to jak oni nie mogliby się posługiwać mocą. Widzicie że jest w czym wybierać i każdy może rozwinąć się w różnych kierunkach. Problem jest tylko taki że dochodzą do tego wszystkiego rzuty obronne na wolę, reflex czy też szczęście i podrasowywania tego przedmiotami to nie czułem efektu zmian. Podobnie sprawa ma się z odpornościami na typy poszczególnych obrażeń.  Na początku oczywiście wybieramy klasę na postaci, ale ma to niewielkie znaczenie, bo możemy potem dodawać punkty gdzie chcemy.

Questy poboczne też trzymają grę na poziomie. Co prawda spotkamy tu wiele sztampy, typu mój mąż kochanek, chłopak zaginął gdy wyszedł z domu, zabij tego gościa bo on i tutaj wstaw :zabił moją rodzinę, ukradł chomika, zabrał skarby i tak dalej. Ale pomimo tego mamy też sporo rarytasów i skomplikowanych historii w postaci konfliktu rodzin na Tatooine, czy też powrotu do domu rodzinnego Zaalbara. Naprawdę nie zawiedziecie się jak rozwiążecie kilka problemów na danej planecie. Wystarczy że zagadacie do każdego kto nie jest oznaczony jako mieszkaniec, farmer, czy tym podobne. 

Przejdźmy do kwestii technicznych. Graficznie jest bardzo estetycznie, dokładnie bez jakiś wpadek większych. Nagminnie postacie wpadają w tekstury jakąś częścią ekwipunku bądź ciała. Mimika i ekspresja emocjonalna też jakoś nie powala, ale to drobnostki. Lokacje też trzymają pewien poziom. Taris czy Manaan prezentują się okazale i imponująco i bogato w szczegóły i plenery. Odstaje natomiast Kashyyk, przy pozostałych miejscówkach niestety wypada blado. Brakuje tego odczucia dzikości, bardziej obfitej roślinności. Rasy też wyglądają bardzo dobrze, nie można pomylić jednej z drugą. Mają one po kilka cech charakterystycznych. I raczej też nie spotkamy dwóch zupełnie identycznych Twilleków, Ithorian i tak dalej.

Idąc dalej mamy dźwięk. Gra w tym świecie nie może się obejść bez odgłosów, które każdy  prawdziwy fan rozpozna nawet śpiąc. Miesz świetlny brzmi zdecydowanie jak on, blastery podobnie, czy też statki. Tutaj KOTOR też trzyma poziom. Dubbing postaci jest absolutnie rewelacyjny. Jennifer Hale jako Bastilla oddaje emocje w pełni. Podobnie wiele innych aktorów podkładających głosy. Jedyną wadą tego wszystkiego są kwestie wypowiadane przez innych mieszkańców galaktyki niż ludzie a nie towarzyszących naszemu bohaterowi bezpośrednio. Szybko się można zorientować że to zapętlone w kółko te same zdania, czasem nawet odtwarzane w kółko w tej samej kolejności. Kiedy mamy do czynienia z dłuższą wypowiedzią potrafi to zirytować, albo podczas dłuższego przebywania na danej planecie. Jednocześnie autorzy się postarali aby każda z ras zamieszkujących daną planetę miała swój język i brzmi to wszystko bardzo różnorodnie i potrzeba trochę czasu zanim się to znudzi.

Jest jeden element zrealizowany niestety bardzo źle łagodnie mówiąc a mówię tu o AI. Towarzysze niestety często się gubią po drodze i trzeba się po nich wracać, często się rzucają na wroga na ślepo nawet przy ogromnie niekorzystnym stosunku sił, włażą na miny i tym podobne bez zastanowienia. Ignorują notorycznie polecenie zatrzymania się i robią to tylko na chwilę, po czym znowu wwalają się na coś bo nie miałeś czasu tego rozbroić, uruchomić sam.

Pomimo paru niedociągnięć śmiem twierdzić że Rycerze Starej Republiki to gra praktycznie idealna. Naprawdę historia z najwyżej półki, jeszcze lepsi towarzysze, solidny aspekt techniczny, szeroki wachlarz rozwoju postaci, niewiele więcej można wymagać. Polecam nie tylko fanom Star Wars, ale wszelkim graczom lubujących w RPG, i nie tylko ogólnie każdemu. Gra się postarzała, ale w bardzo szlachetny sposób mogący ciągle dać wiele godzin wspaniałej rozrywki.


czwartek, 7 stycznia 2016

Przegląd

Dziś coś co niezbyt planowałem robić, także tą notką zaskakuje sam siebie w stopniu znaczącym, ale myślę że warto coś takiego zrobić. Oto przed Wami krótkie podsumowanie wydarzeń w których brałem udział w 2015 roku. Cały czas przymierzam się do tego aby napisać relację i ocenę każdego z nich a jest mam nadzieję w Waszym mniemaniu również w czym wybierać. Oto ta lista.

Na pierwszy ogień poszedł IEM 2015, Katowice 14-16 Marzec Spodek, Finały Światowe Ligi ESL w League of Legends, Counter Strike: Global Offensive oraz Starcraft II. Tutaj machina się rozkręciła. Coś niesamowitego.

Potem Pyrkon 2015 24-26 kwietnia Poznań Międzynarodowe Targi Poznańskie tutaj główną moją atrakcją  była cała gama autorów fantastycznych, Maskarada, i cała gama innych

Zaraz po nim Orange Video Festiwal Life Tube 2015 na Hali Torwar  16 Maja 2015, na to pojechałem dla kilku cosplayerek i niespodziewanie muzycznie.

Następnie Otwarte Mistrzostwa Polski w Mortal Kombat 30 Maja 2015 w klubie Loft 44 przy warszawskich Powązkach. Tutaj ponownie chwila cosplayu, trochę rozmów, i przekąsek.

Teraz wyjątkowo muzyczne wydarzenie Orange Warsaw Festiwal 12 czerwca 2015 - 14 czerwca na Torze Wyścigowym na Służewcu. Tu z kolei atrakcje główne to niektóre z zespołów, a które i jak wypadł dowiecie się z ewentualnej relacji.

Wracamy do fantastyki i tym razem Wrocławskie Dni Fantastyki 26 czerwca-28 czerwca 2015. Na to wygnało mnie nie wiem co sam do końca, jak ustalę to się tym podzielę.

Znowu zmieniamy typ imprezy  i idziemy na Opener Festiwal Gdynia 2015 od 1 lipca 2015- 4 lipca 2015. Niesamowite przeżycie pod wieloma względami. Poznałem masę świetnych artystów.

Po tym wszystkim chwile odetchnąłem żeby znowu się rzucić w wir wydarzeń i zaliczyć Woodstock Festival w Kostrzynie nad Odrą od 30 lipca 2015 do 1 sierpnia. Warto tu było wrócić i pewnie trafię tu niejeden jeszcze raz.

Wracamy do Poznania na Polcon 2015 na terenie Politechniki tamtejszej w dniach 20-23 sierpnia. Udało mi się zobaczyć jednego z najlepszych autorów jakiego kiedykolwiek czytałem Joe Abecrombiego, i to wystarczy aby uznać ten wypad za udany. 

Powrót do pasji i tym razem Copernicon 2015 Toruń i 18-20 września 2015. Bardzo sympatyczny event choć nie pozbawiony wad, ale zostały one wynagrodzone.

Lecimy dalej i mamy Imladris 9-11 października 2015 Kraków. Kameralny dość konwent, ale nie żałuje. Zobaczyłem jedno z najpiękniejszych miast naszego kraju i zrobiłem masę zdjęć.

Tydzień po tym miałem 16-18  października wycieczka po raz kolejny do poznania i PGA 2015. Cały dzień fotografowania cosplayi, rozmowy z wieloma osobami, oficjalna galeria zdjęć mego autorstwa na facebooku. Cudownie po prostu.

Nie zatrzymujemy się na długo i mamy tym razem 23-25 października 2015 Warsaw Games Week na terenie Warsaw Expo. Bardzo dobrze zorganizowany event z niewielkimi minusami. Więcej tradycyjnie w relacji.

I ostatni event tego roku czyli Nju Winter Games 2015 też Warszawa i też teren Expo. Tutaj jeśli chodzi o samo wydarzenie, oj cienko, ale cosplay bezapelacyjnie uratował go od zagłady. Odbyła się ona 5 grudnia 2015.

To całe moje podsumowanie tego co udało mi się zobaczyć w zeszłym roku. Jeśli chcecie obszerne relacje wystarczy że napiszecie komentarze, na facebooku,sms-a, telefon.maila, wszędzie gdzie chcecie na pewno odbiorę. To wszystko na dziś.