czwartek, 2 lutego 2017

Koniec Początku Inkwizytora

Dziś recenzujemy ostatni rozdział, który ukształtował Mordimera na sługę, którego znamy z późniejszych tomów opowiadań. Jest to druga pełnoprawna powieść w przebiegu cyklu. Mogę Wam powiedzieć, że jest lepsza niż pierwsze podejście Piekary do tej formy opowiedzenia czytelnikom historii. Mimo wszystko, zamknięte, krótsze fabuły to jest to, w czym nasz autor jednak bryluje. Niemniej nie oznacza to, że „Kościany Galeon” można, albo należy, sobie odpuścić. Nie jest to powieść w żadnym wypadku słaba, ale nie spełnia w wystarczającym stopniu oczekiwań i nadziei.

Tyle słowem wstępu, a co tak naprawdę serwuje nam pisarz? Książka zaczyna się, jak często ostatnio, zleceniem od przełożonego. W tym konkretnym przypadku dotyczyć ono będzie śledztwa zaginięcia pewnego kupca, który wyruszył na wyprawę morską daleko na północ i nie wrócił. Cała podróż jest owiana wieloma tajemnicami i to od naszego uniżonego sługi zależy czy dotrze on do prawdy i odkryje wszystko, co jest z nią związane.

Fabuła jest poprowadzona generalnie w bardzo dobrym tempie, gdzie generalnie stanowi słowo klucz. Pobyt Mordimera w mieście jest strasznie, i to zupełnie niepotrzebnie mym zdaniem, długi i w którymś momencie się przyłapałem, że chcę aby się w końcu stamtąd ruszył. Na szczęście, potem się wszystko rozkręca i zaczyna się dziać wiele rzeczy i wszystko to jest o wiele ciekawsze, bo wkraczają siły nadprzyrodzone. Wszystko zmierza do zakończenia, które jest, muszę Was uspokoić, logiczne, dość soczyste i satysfakcjonujące. Poza tym ślamazarnym początkiem historia sama w sobie wciąga i intryguje czytelnika, więc nie ma na co narzekać.

Mordimer nam dopisuje. Jest chłopak w formie i zachowuje swój charakter, który zdążyliśmy już tak dobrze poznać. Jedynym mankamentem jaki znajduję w jego kreacji, w tej odsłonie jego genezy,  to fakt zbyt częstych fantazji erotycznych i westchnień do pewnej damy. Po przeżyciach w poprzednich częściach i kobietach tam poznanych, bardziej bym oczekiwał, że to właśnie którąś z nich będzie wspominał. Na ich tle Konstancja nie rysuje się aż tak imponująco, aby marzyć o nocy z nią tak często. Ale poza tym, nie ma żadnych wad, do których mógłbym się przyczepić. Dalej można zauważyć  u bohatera bystrość, inteligencję, rozsądną pewność siebie, zwłaszcza w kontaktach ze stworzeniami nie z tego świata, ale też świadomość własnych umiejętności i, oczywiście niezastąpione niczym, monologi przedstawiające świat i stosunek naszego bohatera do wielu spraw.

Obok protagonisty występują oczywiście postacie poboczne. Tym razem jest to przede wszystkim kupiec, który  pojawia się obok Inkwizytora praktycznie non stop i, pomimo początkowych oporów, polubiłem jego osobę. Nie jest może jakąś wybitną kreacją, ale spełnia swoją role w wystarczającym stopniu. Bardzo intrygująca jest za to pewna dama obecna w świecie demonicznym, która pomaga naszemu uniżonemu słudze . Otacza ją aura tajemniczości stopniowo odkrywana, ale zawsze zostaje uczucie niedosytu w kontaktach z nią. Naprawdę podoba mi się to, jak została przedstawiona ta istota.

W kwestii otoczenia i miejsc mogę powiedzieć tyle, że jest ono lepiej zarysowane niż w poprzednich częściach. Dostajemy więcej informacji o tym, gdzie się to wszystko dzieje. Kwestia tego czy jest to czyste zapełnianie stron czy jednak coś, co nam się przyda. Na pewno jest to inne podejście niż to, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, a niektóre z tych miejsc zasługują na naszą uwagę. Przykładowo spodobał mi się statek, którym odbywa się podróż śladami zaginionego partnera w interesach naszego głównego zleceniodawcy. Można jeszcze dorzucić tytułowy galeon, którego opis może przerazić lub zniesmaczyć niejedną co wrażliwszą osobę. Na koniec tego paragrafu wystarcza mi tylko wspomnieć o wyspie, na której toczy się lwia część drugiej połowy książki. Ona też potrafi sama w sobie niejednokrotnie zaskoczyć i mieć wpływ na wydarzenia. Jest to właściwie debiut Piekary w kreacji miejsca, które by miało rzeczywiste znaczenie. I mogę stwierdzić, że mu to wyszło.

Stylowo nic a nic się nie zmieniło, bo też nie ma powodu do tego. Wszystko tradycyjnie poznajemy z perspektywy bohatera. Monologi znów są wyważone i za bardzo nie męczą, ani też nie są powtarzalne w stosunku do poprzedników. Może poza nielicznymi wyjątkami, ale to jest do wybaczenia autorowi i możemy to zignorować.

Podsumowując, „Kościany Galeon” ma mankamenty, które nie pozwalają mu osiągnąć poziomu przykładowo „Dotyku Zła” czy też „Głodu i Pragnienia”. Najbardziej rzucającą się w oczy rzeczą jest początek, który jest zdecydowanie przydługi. Można się też przyczepić o niezbyt wiele, jak na powieść, interesujących postaci poza uniżonym sługą.  Ogólnie, nie jest to powieść, która zapadnie Wam na lata w pamięci i będziecie rozmawiać o niej dniami i nocami, ale też nie odłożycie jej tak szybko na półkę. Chyba, że wynudzi Was ten początek.

środa, 1 lutego 2017

Czy Piekara potrafi zaspokoić nasz głód i pragnienie dobrych historii ?

Dziś recenzja kolejnego tomu przygód Inkwizytora Mordimera Madderina. Tym razem tytuł to „Głód i Pragnienie”. Składa się on z jednej krótszej historii, zwanej „Wiewióreczka”, i drugiej, o większej objętości, która zawiera wspomniane przed chwilą potrzeby fizjologiczne. Od razu mogę powiedzieć, że ta książka nie powinna Was rozczarować, w moim małym rankingu ten tom jest drugi w kolejności, zaraz za „Dotykiem Zła”(mówimy o pozycjach, gdzie jest zawarta  geneza naszego bohatera).

Zacznijmy od oceny tego, co nas wita na początku. Jest to swoista rozgrzewka przed daniem głównym. Trzeba przyznać, wyjątkowo udana bo oderwana w pewien sposób od tego, co zwykle serwuje nam autor. Nie mamy morderstwa, demonów, nawet brak tortur w całej tej historii, co zaskakuje w pozytywny sposób. Dodatkowo jest sporo elementów lekkich, można powiedzieć humorystycznych, choć to lekkie nadużycie tego słowa. Chodzi o wypowiedzi kupca, który bardzo zręcznie manewruje swymi słowami i nie sposób go nie lubić. Od razu widać, że naprawdę zna się na negocjacjach i jest dobrym fachowcem.

Cała historia opiera się o ściągnięcie długów i to stanowi główną oś fabularną. Poznajemy relację Mordimera z dłużnikiem, którą uświetniają dobrze napisane dialogi. Cieszy ta chwila oddechu od ciężkiego klimatu, jaki zwykle panuje na kartkach tomu, poza tym dochodzi fakt, że mamy do czynienia z chyba najbardziej humanitarną do tej pory opowieścią  z całego cyklu. Jak wspomniałem, tutaj rozmowy są tym, co zachęca nas do ciągłej lektury, także lokacja w tym wypadku to kwestia wręcz czwartorzędna. Nie jestem nawet w stanie powiedzieć, gdzie się dzieje akcja, poza tym, że na pewno w świecie autorskim.

Bohaterem drugoplanowym, który niewątpliwie jest bardzo dobrym dodatkiem jest Tomasz Purcell. Potrafi swoimi wypowiedziami wręcz stłamsić naszego ulubionego protagonistę, co jest nie lada osiągnięciem i za to mu wieczna chwała w panteonie udanych postaci pobocznych autora. Co prawda, nie jest to zbyt liczne grono, co nie umniejsza jego zasług w żadnym stopniu.

„Wiewóreczka”, pomimo swej jakości, jest tylko przystawką. Jednak tytułowe opowiadanie jest tym, co stanowi o jakości całości przede wszystkim. I trzeba powiedzieć- trzyma ono poziom. Tym razem jednak wracamy do tego, czym zwykle zajmuje się inkwizycja i mamy śledztwo dotyczące zaginięcia pewnej niewiasty. Oczywiście, to tylko początek i moment zawiązania akcji. Potem sprawa tradycyjnie nabiera pewnego poziomu skomplikowania, a intrygi sięgają poza ten świat. Pomimo tego, że jesteśmy przyzwyczajeni do określonego schematu, niczym w powieści detektywistycznej z elementami fantastycznymi, dalej można znaleźć kilka momentów, w których nie da się przewidzieć rozwoju wydarzeń, co jak najbardziej cieszy.

Scenograficznie tradycyjnie mamy lochy, karczmy i inne miejsca, które często odwiedzamy z bohaterem. Dalej nie są one szczególnie interesujące, ale też nie odpychają i na pewno nie zmuszają do pomijania fragmentów ich opisów, które też nie są specjalnie rozbudowane.

Jest tutaj, o dziwo, na drodze wyjątku kilku bohaterów obok Inkwizytora, którzy przypadli mi do gustu. Jeden z nich to pewien szlachcic, który pomaga w rozwiązaniu sprawy. Jego postawa, zwłaszcza w epilogu historii, zasługuje na uwagę.  Drugi intrygujący osobnik to główny antagonista, ale oczywiście nie powiem Wam kto to ani nie nakreślę jego osobowości. Występuje również pewna dziewczyna, która również staje po stronie naszego uniżonego sługi. Na początku wydaje się banalna, ale potem okazuje się, że potrafi schować parę asów w rękawie.  Te wszystkie postacie są niewątpliwym atutem i to bardzo pozytywnym, bo zwykle ciężko jest wyróżnić kogoś, a tutaj autor jakby dostał weny, i to dość solidnej, przy kreacji tych osób.

Stylistycznie wracamy do tego ponurego świata, oczywiście znów spotkamy liczne Monologi Inkwizytora, ale tym razem nie są one ani specjalnie wymuszone, ani powtarzalne. To autorowi zapisuję na plus. Narracja, jakżeby inaczej, jest pierwszoosobowa, jak we wszystkich dotychczasowych historiach.

Podsumowując, jest to jeden z najlepszych tomów o początkach naszego Mordimera Madderina. Autor wrócił do dobrej formy i oby wytrzymał w niej jak najdłużej. Myślę że pozycja obowiązkowa dla fanów i tych zagorzałych, i tych mniej zaangażowanych w tę historię. Następny w kolejności jest „Kościany Galeon”. Oby on potrafił utrzymać co najmniej ten sam poziom, co książka oceniona w tym tekście.

czwartek, 5 stycznia 2017

Bijemy Biczem, na dodatek boskim, niewiernych i to nie tylko po plecach.


Dziś recenzja, jak się można domyślić, kolejnej twórczości słowa od Pana Jacka Piekary. Tym razem jest niespodzianka w postaci pierwszej pełnoprawnej powieści o przygodach Mordimera Madderina, która nosi tytuł „Bicz Boży". Jak  to się prezentuje? Czy autor potrafi utrzymać tempo i napięcie, w długim tekście, na podobnym poziomie, co w opowiadaniach? Czy więcej oznacza lepiej?

Najprostszą odpowiedzią byłoby, że owszem, nie zawiedziemy się na ogólnym poziomie tego tekstu, ale nie jest to też rewelacja pod, właściwie, żadnym względem. Ma swoje dobre momenty, ale ani nie przyćmiewają one tych gorszych, ani też nie świadczą o nowej jakości w prozie. Ale przyjrzyjmy się poszczególnym aspektom tej powieści, zgodnie z tradycją tego bloga i zobaczmy jak to wygląda na poszczególnych poziomach.

Zacznę od tego elementu, który jest najbardziej niezmienny z tego wszystkiego, czyli stylu. Zupełnie żadnych odchyłów od tego, co znamy. Tylko że teraz mam wrażenie, że te monologi mnie trochę nużą. Wiemy jaki jest stosunek naszego Inkwizytora do wielu rzeczy i niewiele jest w stanie nas, w tych konkretnych kwestiach, zaskoczyć. Co prawda, dowiadujemy się kilku nowych rzeczy, ale to gdzieś umyka. Rozumiem, że ktoś może zacząć od tego tomu, zwłaszcza że nie ma jakiejś bardzo ścisłej chronologii, jest tylko ta sugerowana, ale podejrzewam, że większość czytelników jednak się nią posługuje, i są weteranami serii, więc można by im oszczędzić niektórych fragmentów. Ku mojemu rozczarowaniu nic takiego się nie dzieje. Nie to, żeby one były szczególnym mankamentem, bo to nie jest kropka w kropkę to samo, ale przydałoby się więcej nowości w tego typu treści. Dalej wszystko jest opisane z perspektywy głównego bohatera, który zdaje nam na bieżąco relacje z tego, co widzi i jest bardzo interesujące.

Najważniejszą kwestią zawsze będzie fabuła i czy potrafi ona wciągnąć; znów  - tak potrafi. Aczkolwiek jest trochę fragmentów niepotrzebnie długich, większość jednak jest bardzo przyjemna w czytaniu i chcemy poznać dalszy rozwój historii. Są momenty dramatyczne, są tez sielankowe, jest tu miejsca na wiele momentów różnego charakteru i są one ciekawym dodatkiem do tomu.Zaskoczenie na końcu jest całkiem spore, nie spodziewałem się takiego zabiegu w epilogu, na czym powieść na pewno zyskuje. Także tutaj nie mamy zawodu i ta pozycja zyskuje plusa za ten aspekt.

Scenografia jest niezła. Podoba mi się klasztor, w którym toczy się spora część akcji i wszystkie pozostałe miejsca, które odwiedzamy, w tym oberża czy miasteczko. Nie ciągną się te opisy specjalnie, bo też nie mają po co. Jest zawarte w nich to, co potrzebne, aby mieć baczenie na to, co jest istotne dla opowieści. Pozwala to zachować zdrowy balans akcji i momentów ją zwalniających, a autorowi udaje to jak najbardziej.

Bohaterowie poboczni są widoczni i są wyraziści. Obie te cechy bardzo cieszą, bo jest o kim pisać, oprócz Waszego uniżonego sługi. Bardzo intrygująca i przekonywująca jest postać głównego antagonisty powieści, ale kto to jest, to oczywiście musicie odkryć sami. Dalej mamy irytującą postać pewnego księdza, który może denerwować jak cholera, ale na pewno daleko mu do banału. Polubiłem też trzeciorzędną postać „Kobiety Mordimmera”. Pełni ona rolę podobną do kobiet w filmie z Agentem 007, ale ma trochę więcej do zaoferowania. I to widać.

Podsumowując, nie jest to może rzeczywiście rewelacja, nawet w twórczości Pana Jacka Piekary. Ale nie jest to też coś, co można ominąć bez żadnego mrugnięcia. Jest to po prostu kawał solidnie napisanej historii, w całkiem przyzwoitym, mimo wszystko,  stylu. Jeśli należycie do weteranów i chcecie poznać całość życia Inkwizytora, to naprawdę warto sięgnąć. Jeżeli nie jesteście zatwardziałymi fanami jego życiorysu, to możecie sobie odpuścić tę książkę.

wtorek, 27 grudnia 2016

Kolejne Dni z Życia Inkwizytora.

Dziś przeczytacie moją opinię na temat kolejnego tomu przygód Waszego ulubionego ostatnio protagonisty czyli Mordimera Madderina. Nie zaskoczę Was tym, że będą to dwie mini powieści. Jedna z nich to tytułowy „Dotyk zła”, a druga zwie się „Mleko I Miód”. Od razu mogę Wam zdradzić, że tym razem autor wrócił na dobre tory i czuć formę Piekary w tych tekstach.

W pierwszym dłuższym opowiadaniu zaczyna się niewinnie, a konkretnie rzecz biorąc - od prośby przyjaciela o uratowanie jego krewniaka, a potem, tradycyjnie, sprawa się komplikuje i rozwija. Oczywiście, w centrum tego wszystkiego jest nasz drogi Inkwizytor i on ze wszystkich sił stara się rozwikłać zagadkę tajemniczych morderstw. Wszystko jest tutaj poprowadzone bardzo zgrabnie i specjalnie się nie dłuży.  Muszę też przyznać, że przeżyłem małe zaskoczenie w epilogu tej opowieści. Tym razem nie udało mi się przewidzieć jak to się wszystko zakończy, co jest pozytywne, jakby nie patrzeć.

Nie wiem czy wspominać o  stylu, bo musiałbym wymyślić tylko serię synonimów do tego, co powiedziałem już wcześniej. W tej kwestii nadal nic się nie zmieniło. Może mniej jakby odczuwalne są monologi i uwagi głównego bohatera. A może po prostu jest ich zmniejszona liczba. Ale na pewno nie doszło do ich kompletnej likwidacji. Bez tego nie byłoby książki, w ogóle nie czułbym że czytam "Cykl Inkwizytorski".

Ci, co są obok naszego przedstawiciela "Officjum" w całej swej potędze, nie kradną mu spektaklu w jakimś znaczącym stopniu, ale też nie jest tak, że są zepchnięci zupełnie na bok i pełnią rolę scenografii, a nie żywych istot. Niestety, dla opowiadania i autora, kompletnie nie kojarzę postaci, mimo najszczerszych wysiłków, która by wychodziła przed szereg. Może momentami wspomniany krewniak, ale to jednak trochę za mało.

Przechodząc do drugiego tekstu ,mam wrażenie,  że jest on, ogólnie rzecz biorąc, lepszy od tego promowanego tytułem całego zbioru. Myślę, że za główną zmianą w skoku poziomowym są odpowiedzialni bohaterowie poboczni, którzy dla kontrastu tutaj, potrafią zepchnąć Mordimera na drugi plan. Mowa tu przede wszystkim o pewnej dziewoi, która ma niebagatelne znaczenie dla całej opowieści. Ale jest też pewien ksiądz, pewien rozbójnik oraz inni przedstawiciele Instytucji najważniejszej. Co za zmiana, że jest  w ogóle o kim mówić. Takich opowiadań nam trzeba, Panie Piekara. Tak lubimy naszego Inkwizytora, ale nie może on skradać 100% czasu naszego.

Fabularnie jest znów skok w górę. Wątek tajemniczej mocy wioski jakoś bardziej mnie wciągnął niż kolejny przypadek morderstw. Tym razem jest to próba czegoś nowego i przyznaję, nadzwyczaj udana. Epilog całej historii też jest znakomity i niezawodny. Monologi też możecie sobie odhaczyć.

O dziwo lokacja, tym razem, zwróciła moją uwagę. Podobał mi się taki, w gruncie rzeczy, sielankowy obrazek, jaki autor przed nami roztoczył. Było to coś innego od zwyczajowych lochów, zamków, ciemności, podziemi, piwnic i tak dalej, z jakimi mamy zwykle do czynienia i udało się bez tego całego mroku utrzymać klimat pewnej tajemnicy. Wyczuwam w tym wszystkim swoisty kunszt, którego do tej pory nie było.

Podsumowując, jest to jeden z lepszych tomów który zrecenzowałem do tej pory, jeśli nie najlepszy. Oba opowiadania stoją na bardzo dobrym poziomie i jedno jest lepsze od drugiego. Więc jeśli przebrniecie przez pierwsze, nie ma najmniejszych przeszkód, abyście nie zrobili tego samego w kolejnym przypadku. Naprawdę warto sięgnąć po ten odcinek przygód Inkwizytora. Ciężko znaleźć coś lepszego w tej genezie protagonisty.

środa, 14 grudnia 2016

Dziś w opowieściach z Officjum: Kariera młodego Inkwizytora Madderina.

Dzisiejsza recenzja będzie dalej dotyczyła naszego najbardziej znanego przedstawiciela znakomitej instytucji Inkwizycji wykreowanego przez Pana Jacka Piekarę. Tym razem jest są to dwa dłuższe opowiadania zwane mini powieściami. Jedna z nich to ‘Dziewczyny Rzeźnika’ a drugie tytułowe „Wieże do Nieba”. Muszę powiedzieć że poziom trzymają aczkolwiek nierówny, pierwsze wyraźnie odstaje od drugiego.

W pierwszym mamy wyraźną atmosferę śledztwa. Mordimmer angażuje się mocno w odnalezienie seryjnego mordercy. Ofiary, oraz sposób w jaki zostają zabite sugeruje silnie pewien znany przypadek z historii. Inspiracja jest oczywista, ale to nie przeszkadza, gdyż jest to motyw wykorzystywany niejednokrotnie i nasz autor nie jest tu wyjątkiem. Fabuła rozwija się w niezłym tempie, i przez długi czas udaje się jej zachować aurę tajemniczości. Dopiero pod koniec tradycyjnie wszystko się wyjaśnia i jest to bardzo sensowne wytłumaczenie, trzymające się kupy.

Do tego wszystkiego mamy naprawdę irytującego mentora naszego uniżonego sługi. Jest on kompletnie bezużyteczny i tylko chcemy się go pozbyć, bo blokuje drogę rozwoju dla protagonisty. Nie jest to jednak tak do bólu schematyczna postać jak się wydaje.  Jest też kilka innych oczywiście postaci pobocznych, jak chociażby Hrabina, która też jest warta wzmianki, bo ma parę asów w rękawie, czy chociażby  pewien malarz, który ma swoje przebłyski, ale ogólnie nie jest zbytnio intrygujący.

Miejsce akcji też gdzieś przelatuje obok nas, ale nie ma czemu się dziwić, czy ktoś patrzy na otoczenie w którym się znajduje gdy mu wkładają stopę w hiszpańskie trzewiki, albo robią coś podobnie przyjemnego ? Tylko w paru miejscach lokacja ma znaczenie i wtedy autor rzeczywiście się przykłada do jej opisu, jak chociażby atelier wspomnianego wyżej artysty. Podobnie ma się rzecz w przypadku „Wież do nieba” tutaj z kolei pojawia się pewna winiarnia czy też piwnica. Ale fabuła też w dużej mierze specjalnych miejsc do rozwoju nie wymaga.

Stylistycznie można powiedzieć mamy to co cały ten cykl sobą reprezentuje czyli monologi autora całej tej narracji i mówienie o klerze, kobietach, swej skromności, i cały pozostały repertuar też tu jest obecny. Oba opowiadania napisane są podobnie więc ten paragraf ponownie zostawię wspólny. Ten element recenzji jest niezmienny od "Płomienia I Krzyża". Jego ocena pozostaje więc ta sama i nie ma się co tu specjalnie rozpisywać na ten temat.

A co mamy w drugim tekście ? Jest intryga związana z konkurencją architektów rywalizujących ze sobą, gdzie istnieje podejrzenie że jeden z nich posługuje się czarną magią aby przyśpieszyć swoje wysiłki. Muszę przyznać w dużej mierze nie czułem tej mini – powieści. Cała ta historia niespecjalnie mnie wciągnęła.  Jest oczywiście kilka naprawdę dobrych scen, ale to dalej mnie nie przekonuje. Gdyby nie postać pewnego inkwizytora który się później pojawia spisałbym je zupełnie na straty. Jej wprowadzenie daje drugi oddech i szanse. I Piekara skwapliwie z tej szansy skorzystał. 

O jednej z postaci już wspomniałem, ale oczywiście nie jest ona jedyna. Pojawia się ich trochę przez całą treść, ale nie wbijają się na pewno na dłużej w pamięć. Przynajmniej nie w moim przypadku. Ale Toffler nadrabia za nich wszystkich z nawiązką. Chciałbym aby to nie była jego pierwsza i ostatnia obecność.  Jeszcze można wspomnieć o jednym z żołnierzy pomagającym Inkwizytorowi. Wykazuje się on od czasu myśleniem i dobrymi ripostami. 

Zakończenie historii także trochę rozczarowuje, gdyż nawiązuje w pewien sposób do tego co czytaliśmy parędziesiąt stron wcześniej i chciałoby się czegoś jednak czegoś trochę bardziej odkrywczego.Nie ma tu jakiegoś specjalnego zaskoczenia, wydaje się być to wszystko odtwórcze i na tym jednak traci poziom opowiadania.

Jak więc sprawa ostatecznie się miewa z wartością tego tomu cyklu ? Odpowiedź nie jest tak do końca jednoznaczna w tym przypadku. "Dziewczyny Rzeźnika" prezentują się zdecydowanie lepiej pod każdym właściwie względem. „Wieże do nieba” tylko rozczarowują i pomimo wszelkich prób nie mogą się przebić. Jeśli te czterdzieści złociszy za jeden naprawdę dobry tekst, a drugi przeciętny to dla was za dużo to możecie sobie odpuścić. Z drugiej strony jeśli jesteście fanami cyklu to tego tomu i tak sobie nie odpuścicie. Ja osobiście lekko żałuje, bo mogło być trochę lepiej, ale zawsze każdemu zdarza się lekki spadek formy.

wtorek, 6 grudnia 2016

Genesis najsłynniejszego Inkwizytora polskiej fantastyki.

Po tomach opowiadań, które jak się okazało ostatecznie są końcowymi opowiadającymi historię przedstawiciela znakomitej instytucji jaką jest Święte Officjum Jacek Piekara serwuje nam lekką odskocznię od żywej potęgi jaką jest Mordimer Madderdin i przedstawia jego początki gdzie jest tylko małym podrostkiem.

„Płomień i krzyż. Tom 1” jest właśnie niczym innym jak czterema krótkimi historiami o zróżnicowanej długości, które przekazują nam wiedzę jak zaczynał nasz bohater. Skąd on się właściwie wziął, a wraz z nim jego pomocnicy i jak to się w ogóle stało że oddał swoje życie takiemu a nie innemu celowi, czyli oczyszczania ziem cesarskich z herezji wszelkiego rodzaju. I jak wiemy okazuje się w tym zadaniu niesłychanie skuteczny.

Trzeba przyznać czyta się to wszystko niezmiernie ciekawie. Jak sobie nasz przyszły Młot na Czarownice poradzi, bez dostępu do żadnych środków w walce z demonami, zmuszony do tego aby polegać całkowicie na swoim nauczycielu, którym jest notabene Artur Lowofell. Jego postać ma niewątpliwy wpływ na to kim się stanie nasz protagonista. Także zdarzenia, których doświadcza w pierwszych latach swego kształcenia mają znaczenie. Poznajemy również osoby które znamy z kolejnych opowiadań jak Kostuch, czy też (co jest swego rodzaju ciekawostką) matkę Mordimmera.

Jeśli chodzi o fabułę tych opowiadań to nie odbiega to zbytnio od tego do czego jesteśmy przyzwyczajeni, zmienia się tylko perspektywa. Nie oznacza to też że Piekara poszedł po najmniejszej linii oporu i skopiował schematy z poprzednich tomów, o  nie. Już piękna Katarzyna okazuje się być nietuzinkową historią o pięknej niewiaście, potem w kolejnych opowiadaniach poznajemy stopniowo  mentora młodego jeszcze naiwnego bohatera. Widzimy jego przemianę w bystrego obserwatora i gorliwego Inkwizytora. To wszystko sprawia że cykl jako całość zyskuje na spójności a starzy wyjadacze cieszą się że dostają kilka dodatkowych smaczków.

Stylistycznie jest to do czego nas autor przyzwyczaił przez przebieg całej sagi. Czyli w żaden sposób nie upiększa nam obrazów, które obserwujemy oczami bohatera. Mamy tu tortury, krew, brutalność i to dość skrajną, ale także sporo ironii, ciętych ripost, i cynizmu oraz pogardy do niektórych. Wszystko to do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Przyznam się że cała ta mieszanka, jest jednym z powodów dla których uwielbiam tą sagę. Te wszystkie kąśliwe uwagi, ta cała surowość klimatu, a także te zapewnienia o gorliwości w stosunku do pełnionej misji Mordimmera - to są rzeczy, których nie da się podrobić i stanowią pewną jakość.

Cała rzecz dzieje się w świecie opartym o średniowieczną Europę i pojawiają się miasta z naszego świata. Klimat też nie odbiega od tego co sami sobie wyobrażamy o tych czasach jeśli myślimy stereotypowo. Oczywiście różnicą jest to że jest to uniwersum ściśle kontrolowane, przynajmniej w większości przypadków przez Instytucję Officjum. Ono jest w gruncie rzeczy najwyższą władzą w Cesarstwie i ma prawo każdego wziąć pod ostrze sprawiedliwości, i zmusić do zeznań, torturować i zakwestionować jego żarliwość bycia chrześcijaninem. A i ważny szczegół tutaj Chrystus zszedł z krzyża i mieczem wraz z apostołami nawracał niewiernych. I cała ta otoczka jest właściwie takim polem do manewru dla naszego bohatera.

Bohaterowie poboczni zyskują kolosalnie na znaczeniu. Właściwie ma się wrażenie momentami że jest to zbiór opowiadań stworzony przede wszystkim dla nich. Na szczęście stanowią oni bardzo ciekawą plejadę charakterów, zwłaszcza że większość z nich spotkamy jeszcze potem. Dlatego cieszy mnie fakt że maja tyle miejsca do rozwoju i te miejsce skwapliwie wykorzystują. Co do naszego protagonisty to jest on mimo wszelkich zapewnień próżny, arogancki, pełen cynizmu, ale za to piekielnie inteligentny, lojalny sprawie, przenikliwy, bystry, i jest playboyem. Powiedzcie mi jak tu go nie kochać ? Jak dla mnie bardzo interesujący miks cech.

Podsumowując jeśli znacie już Piekarę i jego najbardziej znane dzieła  to nie widzę przeszkód aby tego nie czytać. A jeśli to dla was rozpoczęcie przygody z sagą, to jeśli nie odtrąca was brutalność, przedmiotowe  traktowanie kobiet momentami, ciągły właściwie cynizm, sporo monologów, i wyraźnie negatywny stosunek do kleru i także same założenia religii złamanego krzyża, to możecie śmiało sięgać po tą książkę, gdyż stanowi dobrze napisaną historię ze złotymi maksymami głównego bohatera. I o dziwo mimo tego ponurego klimatu wywoła wiele uśmiechu na waszych twarzach, ale też może się wkraść obrzydzenie wywołane niektórymi scenami.

wtorek, 6 września 2016

Opowieść o tym jak zemsta zjada człowieka

Dziś kolejna recenzja książki, czyli wracamy do tradycyjnej aktywności tego bloga.  Będzie to pierwszy tom trylogii Joe Abecrombiego osadzonej w jego autorskim świecie. Jest to historia pewnej kobiety, która po traumatycznych wydarzeniach pała rządzą zemsty na swoim byłym już w tym momencie pracodawcy. Zbiera ona „drużynę marzeń” aby osiągnąć swój cel. Wędruje ona ze swoją kompanią planując morderstwa wszystkich tych, którzy przyczynili się do jej nieszczęścia. Od razu powiem, że jest to rzecz naprawdę warta czasu i uwagi poświęcona jej czytaniu. Teraz będę mówił dlaczego.

Niesamowitą siłą tej pozycji jest jej realizm i oddanie charakterów ludzkich. W ten świat  bardzo łatwo wsiąknąć i w nim zostać na dłużej. Całokształt jego sprawia nieodparte wrażenie bogatego, pełnego życia i przekonywującego w pełni. Ja od razu wiedziałem gdzie się znajduje. Dodatkowo nie ma problemów z  logiką, pozbawiony jest zgrzytów, potknięć, niespójności. Opiera się mocno na naszej rzeczywistości, nie ma w nim praktycznie magii, pojawia się ona sporadycznie i znika równie szybko pozostawiając czytelnika w domysłach. Zwolennicy klimatów panujących w Pieśni Lodu i Ognia poczują się jak w domu.

Protagonistka Zemsty Najlepiej smakuje na zimno jest pochłonięta całkowicie oddana swemu celowi. Nie posiada zupełnej  odporności na skutki swych działań. Ich konsekwencje ścigają ją często i gęsto. To udowadnia że termin człowieczeństwa nie jest jej obcy, staje się kimś kogo można zrozumieć. Bardzo to do mnie przemawiało. W którymś momencie sam nie wiedziałem czy ją popieram czy nie. Pytanie, które zadaje książka wydaje się być bardzo proste i brzmi: czy cel uświęca środki ?I autor nie daje na nie jednoznacznej odpowiedzi, tylko zostawia pole do popisu czytelnikowi.

Poza panią Monzo Murcatto w książce znajdziemy całą plejadę postaci pobocznych i wcale nie są oni gorsi od niej. Mają tylko mniej miejsca w książce. Świetnym bohaterem jest Nicomo Cosca przykładowo. Niby trochę zalatujący sztampą najemnik lubiący wypić, ale chowa on niejednego asa w rękawie i nie waha się ich użyć gdy zachodzi taka potrzeba. Dalej mamy kompletnie nieobliczalnego Przyjaznego, którego nawyk liczenia wszystkiego zawsze niepokoi. Potem truciciel i jego asystentka, oboje inteligentni, na swój sposób uczciwi we wszystkim co robią i szczerzy. Dodatkowo znajdziemy także Dreszcza, którego przemiana straszy właściwie cały czas. Ogólnie rzecz ujmując na pewno znajdziecie kogoś komu będziecie kibicować w tej całej historii i na pewno nie będzie to postać banalna. Abercrombie chyba po prostu takich nie potrafi pisać i chwała mu za to.

Fabularnie stoi nasza pozycja naprawdę dobrze. Kilka scen jest niezwykle zajmujących, sprawiających że na pewno nie odłożycie jej prędko z powrotem na półkę. Zapamiętam je na dłużej bez cienia wątpliwości. Skala poszczególnych momentów rośnie wraz z rozwojem fabuły aby w epilogu osiągnąć apogeum. Całość jest napisana według dyrektywy Hitchocka o trzęsieniu ziemi na początku i tym co następuje potem i konsekwentnie się tego trzyma i wychodzi jej to jak najbardziej na dobre.

Świat przedstawiony gdzie będziemy przeżywać epickie przygody w raz z naszą dzielną drużyną nieustraszonych nie należy do oryginalnych specjalnie, ani stanowiących w gruncie rzeczy istotny element całej opowieści. Ta historia mogłaby się rozgrywać gdziekolwiek a i tak byśmy ją czytali, bo nie o miejsce tego wszystkiego tu chodzi. Autor po prostu daje sobie scenografie bez specjalnego rozmachu aby rozegrać scenę, którą sobie zaplanował. I to widać i działa w każdym momencie więc nie mam pretensji o brak rozbudowanych opisów. Ewidentnym przewinieniem za to jest brak mapy, która by pomogła się zorientować gdzie bohaterowie są właściwie i ile im zostało do ostatecznego celu.

Stylowo u Brytyjczyka nie ma na co narzekać. Jest brutalnie, momentami zabawnie, bardzo konkretnie. Nie ma zbędnych zdań, wyraźnie dających się we znaki dłużyzn. Jak jest przestój w wartkiej akcji to ma on swoje miejsce, i nie jest po prostu wypełniaczem czasu pełnym filozoficznych wypocin pisarza, tylko mamy w takich miejscach plany, romanse, dialogi i inne potrzebne na pogłębienie historii i postaci rzeczy. Nie jest też on specjalnie wyszukany, ale tego wymaga fabuła. Nie może być wyrafinowanych porównań, czy też słownictwa gdzie mamy do czynienia z często i gęsto lejącą się krwią. O tak jej nam nie zabraknie w powieści.

Podsumowując książka jest pozycją dla tych co szukają czegoś z interesującymi bohaterami, bez supermocy czy innych podobnych rzeczy.  Historia ta to rzecz przepełniona trupami, ale zawsze w imię wyższego dobra. Opowiada o ludziach, ich motywacjach, psychice czy też rozterkach. Na upartego znajdziemy też tam odrobinę filozofii zwłaszcza z ust Cosci czy tez truciciela, ale to taki drobny dodatek do znakomitej pozycji. Do tego co zaznaczyłem wcześniej świetnie napisanej. Jak lubicie to co oferuje Saga Martina, Abercrombiego możecie brać w ciemno.