środa, 14 października 2015

Siał wojne, zniszczenie,gwałt, zawieje...

Dziś odpoczniemy od Bretta, chociaż mam jeszcze jedną rzecz w jego tematyce do napisania ale zostawię to sobie na inną okazję. Na tapetę trafił do mnie tym razem Sanderson po raz kolejny. Od tego Pana wymagania miałem spore mając w pamięci jego wiekopomne Elantris. Czy chociaż doskoczył do poprzeczki, którą sam sobie wyznaczył tym debiutem ? Zaraz się o tym przekonamy.

Zacznijmy od najbardziej oczywistej rzeczy, czyli od fabuły. Początek jest trochę ślamazarny, średnio zachęcający i trzeba przez niego się przebijać aby dotrzeć do naprawdę dobrych treści. Prolog jest całkiem dobrą co prawda zapowiedzią ale jak trafiamy na pierwsze rozdziały tempo wyraźnie siada i ten progres nie jest obiecujący. Ale jak już przebrniemy i wytrzymamy to wszystko to całkiem sensownie zaczynają nam te trybiki działać. I przy okazji nadają niezłego tempa. To co się dzieje utrzymuje czytelnika w napięciu i nakazuje brnąć dalej czyli wydarzenia spełniają swą rolę. Wszystko to pędzi do ostatecznego zakończenia, które jest jak na Sandersona przystało niesamowicie wręcz epickie, gwarantuje że nie będziecie zawiedzeni. Punkt kulminacyjny jest naprawdę mocny i uderza w nas niczym Mjolnir Thora wgniatając dodatkowo w ziemię.

Kolejną niewątpliwą zaletą jest główny pomysł autora na fabułę. Coś wokół okręcają się właściwie to wszystkie wydarzenia z książki w mniej lub bardziej oczywisty sposób. Chodzi mianowicie o coś co można nazwać systemem magii oddechów. Oddawania ich i brania co się wiąże z pewnymi korzyściami i stratami. Sanderson opracował pewien zestaw reguł, który sprawia że to wszystko ma sens i jest bardzo interesujące i daje sporo możliwości. Jedynym ograniczeniem jest ilość i wyobraźnia i parę innych mniej istotnych zasad. Jest to rzecz która stanowi bardzo spory plus pozycji i za jej wykorzystany potencjał należą się brawa.

Nie sposób nie wspomnieć też o bohaterach. Jest parę naprawdę dobrych budzących od początku emocje i świetnie napisanych. Moim faworytem i to zdecydowanym jest Bóg zwany Darem Pieśni. Pokochałem tą postać od samego początku. Jak dla mnie to on jest zdecydowanym numerem jeden. Ma bardzo błyskotliwe i cięte wypowiedzi. Ratował niekiedy tą książkę, i powodował że chciałem czytać aby zobaczyć co się z nim będzie działo. Pozostali też wzbudzali u mnie zainteresowanie co prawda ale ten Pan wygrał po prostu deklasując konkurencję.

Dalej świat przedstawiony. Tutaj jak już wspomniałem głównym elementem jest magia. Całość powieści dzieję się praktycznie rzecz biorąc w jednym mieście poza bardzo nielicznymi wyjątkami na początku powieści. Co nie oznacza że to jakaś wada, akcja jest na tyle ciekawa,że to w żaden sposób nie wadzi. Całość ma sens i nie ma sensu wprowadzać lokacji, które nic nie wnoszą i są zupełnie zbędne. W związku z tym nie uświadczymy żadnej mapy, aczkolwiek jakiejś rozrysowanie dzielnic, i innych miejsc by się przydało. Tego mi akurat brakuje, ale da się bez tego żyć.

Stylowo jest typowo dla Sandersona, czyli masa neologizmów, trochę kwieciście ale z umiarem i bardzo przyzwoicie bez zgrzytów poza jednym. Zastanawiam się na ile jest to kwestia tłumaczenia i jego braku synonimów a ile rzeczywiście w tym wszystkim powtórzeń autora, ale jest jedno słowo które notorycznie się powtarza, zwłaszcza w kwestii opisywania ubioru a mianowicie pretensjonalnie, a także różne jego odmiany. W którymś momencie zaczęło mnie ono niesamowicie drażnić, a można powiedzieć wręcz przeszkadzać w czerpaniu przyjemności z lektury. Na szczęście potem wkraczał do akcji Dar Pieśni albo inny jego zamiennik z pozostałych bohaterów i mogłem czytać bezproblemowo dalej.

Podsumowując Sanderson nie przeskoczył tego co sobie wyznaczył. Powiedziałbym więcej nie dorównał dla mnie osobiście do Elantris, które dalej pozostaje w ścisłej, niezagrożonej czołówce książek obowiązkowych. Nie oznacza to w żaden sposób że jest to pozycja słaba, wręcz przeciwnie. Nie zawiedziecie się na pewno. Ale spodziewałem się nie ukrywam trochę więcej i został efekt lekkiego rozczarowania. Ale dalej jest to ten sam autor, co daje nam pewien niezachwiany poziom. Tylko jednak odrobinę niżej od którego byśmy sobie życzyli.

wtorek, 6 października 2015

Co tam Panie słychać na froncie ? A nic Muzułmanie dalej trzymają naszą twierdzę...

Dziś przedostatnia dostępna rzecz dostępna od Pana Bretta a mianowicie druga część Wojny w Blasku Dnia. Dzieję się sporo i sporo dobrego w tym wszystkim się dzieję, czyli ogólnie jest dobrze.
Powiem że ta część bardziej porywa jeszcze jak pierwsza. Praktycznie ją połknąłem. Brytyjczyk nie wraca na szczyty ale trochę się rehabilituje. Na pewno jest w formie.

Fabuła pędzi jak szalona. I na dodatek skupia się wokół dwóch głównych protagonistów tym razem i paru mniej znaczących, ale ciekawych postaciach dlatego jest co czytać, i "dla kogo czytać". Pędzimy przez wydarzenia bez większych refleksji, nie ma rzeczy skomplikowanych, jakiś wybitnych intryg, polityki zagmatwanej, zdrad, spisków i tak dalej. Tutaj kręci się wszystko wokół demonów, run i religii. Dlatego wygląda to  na lekkie  łatwe i przy tym bardzo przyjemne, i takie rzeczywiście jest. Nie trzeba robić żadnych notatek. Wszystko to sprawia że nie jest to pozycja ambitna, ale też do takiej nawet nie aspiruje pomimo zapowiedzi i porównań na tyłach okładek.

Niestety największy mankament, czyli brak rozwoju jako takiego na tle stylistycznym czy świata przedstawionego zostaje. Teraz chyba nawet nie ma prób rozszerzenia, czy też wprowadzenia żadnych innowacji. Po prostu macie fabułę i cieszcie się. No Panie Brett do annału wiekopomnych autorów Pan w ten sposób nie wejdzie. Ale też nie musi. Może rzeczywiście za dużo wymagam, za wiele oczekuję od tej pozycji.

Bohaterowie ciągle się rozwijają to widać, i to cieszy bardzo. Wydarzenia wymuszają na nich ciągłe decyzje na tle moralnym, i nie tylko. Widać także ich konsekwencje w psychice postaci, także punktuje nam tutaj autor tym że dba o to aby to wszystko było uzasadnione i zgodne z tokiem rozumowania, i aktualnym punktem widzenia, i sytuacją w jakiej się znajduje dana persona. Wszystko to jak się mówi gra i buczy. Nie zauważyłem jakichś większych zgrzytów, a przynajmniej nie gryzły mnie one na tyle żeby przeszkadzało mi to w lekturze.

Podsumowując Brett daje nam dalszy ciąg dokładnie tego samego na tym samym praktycznie poziomie. Nie ma tu żadnych rewelacji. Może fabuła wydaje się jakby lepsza. Jest to pozycja obowiązkowa dla tych co cykl się spodobał na pewno. Tych co by oczekiwali czegoś więcej zapraszam na półki z innymi autorami.

poniedziałek, 28 września 2015

Kobiety w świecie islamu... Dalej jesteśmy u Pana Bretta.

Dziś recenzja pierwszej części Wojny w Blasku Dnia dobrze znanego nam Brytyjczyka. Co tym razem nam on dziś serwuje ? Na śniadanie genezę kolejnej postaci niezmiernie ważnej ze swojego ukochanego uniwersum i jak mu to wychodzi ? Zaraz się przekonacie w opisie moich wrażeń.

Ty razem jest to Inevera. Żona Ahmanna w teraźniejszości a w praktycznie całej części pierwszej poznajemy jej historię i to jak dotarła do tego momentu w którym obecnie się znajduje, czyli pozycji pierwszej najważniejszej kobiety w całym Imperium Krasji. Takie postawienie sytuacji skutkuje tym że znamy zakończenie, i wiemy do czego to wszystko dąży. W  związku z tym autor ma do dyspozycji etap "pomiędzy"  aby nas zaskoczyć, i trzeba powiedzieć że Brytyjczykowi to wyszło. Historia nie jest banalna na szczęście, może są dłużyzny momentami, ale można przez nie bez problemu przebrnąć. Jakiś większych zgrzytów na tle logicznym też nie zauważyłem. Parę razów udało mi się także być zaskoczonym, ale to był raczej fakt że mało przekonywająco wyglądają akcje bohaterki w kwestii logiki i moralności zarysowanej wcześniej. Jakoś konsekwencja mi się wszystkiego nie zgadzała, ale to na szczęście rzadkie momenty, i dalej można czerpać przyjemność z lektury w zdecydowanej większej mierze nieprzerwaną.

Ciężko mi mówić o stylu czy też świecie przedstawionym bo dalej nic ale to nic się nie zmienia. Postaci trochę przebywa, i to dość interesujących trzeba przyznać, ale dalej brakuje mi jakiejś świeżości. Nowa perspektywa, i to zupełnie nowa bo to kobieta, wydawałoby się daje pole do popisu i zaskoczenia czytelnika nowym tokiem myślenia, innymi słowami, ale zdaje się że autor z tego nie skorzystał. Ciężko odnotować jakąś zmianę na którymkolwiek polu. Fabuła wciąga niesamowicie to prawda, ale od pozycji aspirującej do miana klasyki jak to się sugeruję oczekiwałbym czegoś więcej. Mamy tutaj szumne porównanie do Pana Georga Martina, ale Martin z każdym tomem coś dodaje(albo raczej odejmuje, ale tak czy siak cały czas są nowe postacie, nowe potężne rody, świat się rozrasta i tak dalej) a tutaj ewidentnie tego brakuje. Jakiegoś rozwoju poza fabularnym, który musi chcąc nie chcąc nastąpić.

Mimo wszystko jest to tytuł, który i tak polecam bo i tak spędzicie parę nocy wciągnięci bez reszty przez wydarzenia dziejące się w powieści. Tylko mam lekko poczucie zmarnowanego potencjału. Ten świat aż się prosi o ewolucje. Są skromne tego przejawy, ale to jeszcze trochę brakuje do pełni szczęścia. Może Brytyjczyk ma po prostu wolniejsze tempo niż bym tego oczekiwał i wprowadza nowe elementy skromnie i powolutku a nie z hukiem. No nic poczekamy i zobaczymy. Ta część zdobyła mnie genezą kolejnej postaci, która okazała się interesująca. Mam tylko nadzieje że Brett nie zrobi z tego jakiegoś swojego patentu i nie będzie pisał kolejnych części na zasadzie. Okej ktoś mi ważny został jeszcze kogo historii nie znamy ? To jest kolejny tom albo przynajmniej jego część. Na szczęście pole do popisu w ten sposób  kończy mu się w bardzo szybkim tempie więc pożyjemy zobaczymy.

poniedziałek, 21 września 2015

Inwazja Muzułmanów... Brzmi jakby znajomo

Dziś po bardzo długiej przerwie, która nawet mnie samego zirytowała i zmusiła do działania wracamy do cyklu demonicznego i naszego kochanego Petera V Bretta. Tym razem oceniamy Pustynną Włócznie a konkretnie jej drugą część. Nie ociągając się z ogólną oceną tom daje radę i naprawdę czyta się go niesamowicie szybko. Teraz przejdźmy do tego dlaczego to tak wygląda.

Fabuła przyspiesza do niesamowitego tempa. Dzieje się naprawdę dużo, akcja skacze nieustannie z miejsca na miejsca, ale nie bójcie się daleko temu do Eriksona i w moment się połapiecie co i gdzie się dzieje. Wydarzenia są wciągające, i zmuszają wręcz do czytania. Są momenty gdzie to wszystko delikatnie nam zgrzyta, i się zastanawiamy nad sensownością wyborów bohaterów, ale są to momenty nieliczne na szczęście. Zwłaszcza że autor często podaje nam motywy na tacy w postaci wewnętrznych monologów. I można im zaufać, aczkolwiek nie bezgranicznie.

Świat przedstawiony się nie zmienia. Nie zostają dodane żadne dodatkowe elementy. Wszystko rozgrywa się na znanych nam terenach albo na ziemiach północnych, albo południowych. W związku z tym nie ma co się rozpisywać akurat na ten temat za bardzo.

Stylistycznie tradycyjnie zostaje tak samo, ale tym razem mi to zaczyna przeszkadzać. Dlaczego ten styl się nie rozwija w żaden sposób ? Ja rozumiem konsekwencje, ale nawet u Lawrenca ten styl ewoluował wraz z bohaterem. Co prawda tam mieliśmy do czynienia z narracją pierwszą osobową, ale nawet w tych monologach postacie używają ciągle tych samych słów. Taki przestój stylowy raz mogę darować, ale to zaczyna powoli mnie drażnić, liczę na kolejne tomy że coś w tej kwestii zmienią. Daje Brettowi póki co kredyt zaufania i tym razem mu daruje.

Bohaterowie trochę się zmieniają cały czas dojrzewając, niektórzy w tym okresie podejmują bardzo kontrowersyjne decyzje, zaczynają w gre wchodzić odruchy egoistyczne i kwestia własnego szczęścia a nie tylko ciągły altruizm. Nie sposób przy tej postawie uniknąć konfliktów interesów w grupie bohaterów i wyraźnie się one ujawniają, ubarwiając w ten sposób karty powieści. Cały czas popełniają też błędy i to nadaje im cechy ludzkie. Brett bardzo się stara aby uniknąć tworzenia Achillesów czy też Heraklesów i rzeczywiście mu to wychodzi.

Podsumowując jest kilka fabularnych zgrzytów w tej części, ale te można łatwo wybaczyć. Natomiast grzechem już nieodpuszczalnym, jest brak rozwoju języka powieści. Można na przestrzeni dwóch tytułów oczekiwać jakichś zmian, a do nich w żaden sposób nie dochodzi. Przynajmniej ja ich nie zauważyłem. Ale żeby było jasne, niech to was nie zniechęci do sięgnięcia po tą część. To jest dalej w każdej mierze dobra lektura. Tylko już nie tak znakomita po prostu jak wcześniejsze partie.




wtorek, 1 września 2015

Wchodzimy do Stambułu, albo czegoś w ten deseń

Dziś recenzja kolejnego tomu z cyklu o demonach a mianowicie Pustynnej Włóczni znanego nam już Petera V Bretta i oczywiście części pierwszej. Dochodzi w niej do trochę ryzykownego zabiegu porzucenia znanego nam świata i wprowadzenia w większości całej plejady zupełnie nowych bohaterów i otoczenia i pokazania genezy jak doszło do tego co się dzieję obecnie teraz w teraźniejszości. Przypomina to trochę zabieg stosowany u recenzowanego wcześniej Lawrenca, i czy jest udany ? Zaraz znajdziemy odpowiedź na to pytanie.

Jak już wspomniałem cała praktycznie ta pierwsza część to porzucenie praktycznie wszystkiego co do tej pory znamy poza niektórymi elementami.  Od razu powiem że miałem momentami uczucie tęsknoty i chciałem przerzucić strony aby się dowiedzieć co się dzieję u czwórki protagonistów, ale było ono bardzo sporadyczne, rekompensowane tym co się dzieje u naszego obecnego bohatera. A jest nim Jardir, który jest swoistym Kserkesem pierwszym znanemu nam dobrze z 300. Cała ta część Pustynnej Włóczni jest poświęcona jego drodze do władzy, i wyborów poświęconych temu aby mieć jej jak najwięcej, i jak możemy się domyśleć nie były to wybory łatwe, i bez konsekwencji. Czyta się to naprawdę szybko i z wielkim zainteresowaniem. Szybko się okazuje że Jardir podobnie jak wódz Persów jest taką marionetką, która momentami ma swoje momenty spuszczenia ze sznurków i wolnej woli, którą lubi coraz to częściej z kolejnymi poziomami władzy pokazywać. To sprawia że ta postać nabiera bardzo szybko kolorów i staje się coraz bardziej interesująca, przynajmniej do kolejnych manipulatorów, którzy się pojawiają w jego życiu.

Dopiero pod koniec wracamy do naszej czwórki niekoniecznie muszkieterów, i dowiadujemy się co się u nich dzieje. Jest to tylko chwila, ale wcale nie czujemy niedosytu, gdyż są to momenty soczyste, pełne akcji i jej zwrotów. I na pewno zachęca to do zagłębienia się w część drugą, która na szczęście zdecydowanie nie zawodzi swą objętością. I trzeba przyznać że to co się dzieje powoduje że główny bohater staje się odrobinę bardziej interesujący co zwiększa atrakcyjność całości, a i pozostali zdecydowanie się nie stoją w miejscu, a wręcz przeciwnie.

Stylistycznie dalej jest to samo. Absolutnie żadnych zmian, co coraz bardziej może się podobać. Na pewno się nie zawiedziecie na poziomie pisania Brytyjczyka. Nie ma tam błędów, a przynajmniej trzeba się ich naprawdę naszukać, aby przyczepić się czegoś konkretnego.Także nie będę się rozpisywał w kwestii tego aspektu.

Świat przedstawiony z kolei jak wspomniałem się zmienia. Wymusza on skojarzenia zawarte w tytule czyli ze światem muzułmańskim, wszystko go tam przypomina od samych początków powieści. Stosunek do kobiet,architektura, stroje, tutuły, kultura - całokształt sugeruje silną inspirację motywami związanymi z sułtanatem (Turcy Osmańcy). Zakładam że historycy znajdą parę nieścisłości co do niektórych spraw związanych z tą otoczką, ale dla nas wygląda to wszystko wiarygodnie i przekonywająco. Mam wrażenie że pewnych elementów mi brakuje aby jeszcze bardziej wsiąknąć w ten świat,ale może narzekam i konstrukcja powieści, i ciągłe zagrożenie atakiem demonów pozwalające żyć normalnie tylko w blasku dnia, nie pozwala na pokazanie całokształtu tego świata.

Podsumowując nie widzę kompletnie powodów dla których nie mielibyście kontynuować czytania tej sagi. Poziom jej jeszcze wskoczył wyżej i to widać na wielu stronach. Sytuacja się rozwija na wszystkich frontach i szybko pędzimy między kolejnymi rozdziałami chcąc rozpoznać sytuację gdzie tylko się da, a Brett prowadzi nas wszędzie,abyśmy mieli jak najbardziej pełny widok i za to mu chwała. Tak więc jak już sięgnęliście po Malowanego Człowieka to drugi tom też powinien się znaleźć w Waszych rękach, a przynajmniej jego pierwsza część. 


środa, 26 sierpnia 2015

Ludzkość Kontratakuje

Teraz recenzja drugiej części Malowanego człowieka Petera V Bretta. Niestety recenzji tej nie da się zacząć inaczej jak faktem że podzielenie tej powieści na dwie części przez Fabrykę Słów to ewidentna kpina i jawny skok na kasę. Przykro mi to mówić bo jest to wydawnictwo nigdy nie schodzące poniżej pewnego poziomu jeśli chodzi o wydawanie przez siebie książek. Zawsze są to pozycje dopracowane estetycznie, składniowo, merytorycznie. A tutaj ewidentnie można to wszystko było zamknąć w jednym tytule patrząc na rozmiary drugiej części, które są po prostu śmiesznie małe. Przez chwilę myślałem że to pomyłka jak otworzyłem kopertę z zamówieniem i ktoś wysłał wprowadzenie jeszcze czy coś do tej drugiej części. Spodziewałem się czegoś przynajmniej dwa, jeśli nie trzy razy grubszego. Ale tyle z narzekania i psioczenia na złą politykę przedsiębiorstwa z Lublina. Przejdźmy do tego co serwuje nam autor w drugiej części.

Zacznijmy może znów od fabuły, nie wyobrażam zresztą sobie zaczęcia od czegoś innego. Rozkręca się to wszystko -  zdecydowanie przyspiesza i skaluje w niesamowitym tempie. Bohaterowie zaczynają się krystalizować, i możemy zacząć przewidywać ich rolę w zejściu do którego musi nieuchronnie dojść. Naprawdę przykuwa to uwagę i chłonie się to wszystko bardzo szybko i nawet nie wiadomo kiedy to się kończy i chce się więcej. Druga sprawa że ta przyjemność nie trwa długo, ze względu na wspomnianą zdecydowanie za małą objętość tej części. Spokojnie zaliczycie całość bez większego problemu w jeden wieczór.

Patrząc na to z tej strony mamy trochę takie archetypy wojownika, barda i medyka, ale w gruncie rzeczy to nie przeszkadza. Te postacie rozwijają się w naprawdę dobrym kierunku. Nawet protagonista się poprawił, i jest trochę ciekawszy, aczkolwiek dalej mi trochę wadzi, ale poczekam z ostateczną oceną na dalsze tomy. Całość dobrze się prezentuje, i bardzo obiecująco rokuje na przyszłość.

Stylowo kompletnie nic się nie zmieniło. Trudno tu o jakąś ewolucję, ale też jest ona zupełnie zbędna. Szczerze mówiąc zdziwiłbym się gdyby ona nastąpiła. Autor trzyma się sprawdzonego rozwiązania i skupia się na tym co najważniejsze, i chwała mu za to. Nie jest gorzej na pewno i styl zdecydowanie nie przeszkadza w skupieniu się na wydarzeniach.

Podsumowując pomijając fakt że tej drugiej części w gruncie rzeczy nie powinno być, prezentuje się ona znakomicie. Ciężko znaleźć jakiejś wady, które by przybyły od części pierwszej, a część z nich nawet zostaje przynajmniej częściowo wyeliminowana(protagonista). Naprawdę ciężko mi znaleźć powód dla którego nie mielibyście się zaopatrzyć w tą część. Chociaż może na znak protestu zróbcie to nielegalnie, albo wypożyczcie z biblioteki. Ja nie byłem świadom tego jak to wygląda, i niestety wydałem na to pieniądze. Wy już macie tą świadomość i możecie wybrać.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Demony, demony atakują żadnej litości nie czują... (parafrazując klasyka)

Dziś recenzja Malowanego człowieka Petera V Bretta. A mówiąc jeszcze bardziej konkretnie jego części pierwszej. Czytało mi się to nadzwyczaj dobrze. Nie musiałem się zbytnio męczyć, miałem chęć tkwić w lekturze, i kolejne rozdziały leciały jak z płatka.

Zacznijmy od najważniejszej rzeczy w każdej książce czyli fabuły. Prawie cała ta pozycja to wprowadzenie trójki protagonistów do świata przedstawionego. Mamy po kilka rozdziałów każdego bohatera, a jak autor uzna że jego czy tez jej temat padło wystarczająco wiele słów, hyc skaczemy do następnego i tak trzy razy. Ale trzeba przyznać te wstępy są interesujące, mogę się przyczepić że jeden z tych bohaterów bardzo się wpisuje w jeden schemat, stając się przez to stereotypowy, ale za to pozostała dwójka nadrabia to z nawiązką. Szkoda tylko ze tej sztampie poświęca autor w tej części najwięcej uwagi. Ale nie jest to jakaś tragedia wbrew pozorom. Da się bez większego zgrzytu, a nawet z lekką przyjemnością przez to przebrnąć.

Teraz świat przedstawiony. Jest to zaleta powieści, gdyż to właściwie on jest odpowiedzialny za stan napięcia w powieści,a konkretnie jego demony, które atakują ludzi nieustannie co noc. Właściwie ten cykl dnia nadaje powieści całego dramatyzmu. Czy zdążymy do zmierzchu wykonać wszystkie czynności i jeszcze się schować za osłonami ? Wiele się dzieje podczas ataków i trzeba oddać autorowi sprawiedliwość, wykorzystuje ten pomysł znakomicie. Poza tym jest to klimat quasi-średniowiecza z jego zaletami i wadami. Ta część powieści dzieje się głównie w czymś na kształt X-XI wieku naszego Starego Kontynentu.

Przejdźmy do kolejnego z elementów bohaterów. Jak wcześniej wspomniałem jeden z nich nie jest szczególnie interesujący póki co, ale nie straciłem wszelkiej nadziei z nim związanych. Ma pewien potencjał i mam nadzieję rozwinie się w jakimś pozytywnym kierunku. Pozostała dwójka to praktycznie odwrotność od tej sytuacji. Ich losy są ciekawe i śledzi się je z rosnącym zainteresowaniem. Tylko czekałem na ich rozdziały, a jak się kończyły to byłem lekko rozczarowany. Mam nadzieję że autor poprowadzi ich losy przez cały cykl równie ciekawie jak teraz, albo nawet jeszcze lepiej.

Pora na styl. Szczerze mówiąc ciężko mi przychodzi pisanie tego paragrafu, gdyż nie zwróciłem na niego szczególnej uwagi. Może najzwyczajniej w świecie niczym się nie wyróżniał. Ot tak aby opowiedzieć historię. Nie było tam jakiś błyskotliwych uwag, ani szczególnych zgrzytów, aby krytykować go szczególnie. Powieść jest silna światem, i niektórymi z bohaterów, i tak chyba zostanie do końca.

Podsumowując Brett wprowadza nam arcyciekawy świat i protagonistów na których naprawdę warto zwrócić uwagę. Jest to świetna zapowiedź tego co się będzie dalej. Ja zachęcony tym podtomem od razu sięgnąłem po drugi ciekawy rozwinięcia sytuacji. Nie jest to może najwyższa światowa półka i od razu nie zasługuje może na annały klasyki, ale trzeba powiedzieć że pcha się do tego zestawienia i jest naprawdę blisko.