wtorek, 3 września 2019

Zbrodnia idealna w bardzo dobrym wydaniu.

          Dziś opiszę wrażenia z filmu „Słaby Punkt”. Jest to dramat sądowy, dziejący się we współczesnych czasach. Żona głównego bohatera (Anthony Hopkins) zdradza go z policjantem, a oszukany mąż z zimną krwią morduje ją, niespecjalnie ukrywając ten fakt. Do tego wszystkiego podpisuje przyznanie się do winy. Sprawa wydaje się zamknięta, sprawca zostaje ujęty, sprawiedliwość triumfuje. Nic bardziej mylnego. Rolę prokuratora przyjmuje młody, ambitny absolwent szkoły prawniczej, pracujący obecnie na rzecz państwa w biurze prokuratorów (Ryan Gosling), któremu marzy się kariera w prywatnych biurach, gdzie są konkretne pieniądze i status w środowisku. Ta sprawa ma mu otworzyć drzwi. Czy mu to się powiedzie dowiemy się z właściwej fabuły widowiska.

        Nie mogę zacząć inaczej jak od dwóch największych zalet „Słabego Punktu”. Jedną z nich jest kapitalne aktorstwo ze strony obu protagonistów i antagonistów jednocześnie. Anthony grający geniusza zbrodni posługuje się głównie intonacją głosu i oszczędnymi gestami, co wywołuje niesamowite napięcie za każdym razem, jak pojawia się na scenie. Czuć w tym wszystkim inteligencję i plan, który jest znany tylko jemu. Z drugiej strony mamy Ryana, który mocno przeżywa wszystko to, co go dotyczy. Są to gwałtowne gesty, emocjonalny ton wypowiedzi, ,czyli zupełny kontrast do wspomnianej przed chwilą postaci. Te style ekspresji pasują do charakterów obu panów, co znacząco zwiększa ich wiarygodność. Do aktorskiej śmietanki dochodzi jeszcze Rosamund Pike, która odgrywa rolę przełożonej naszego ambitnego urzędnika. Tutaj zimne wyrachowanie, kalkulacja, ale także zainteresowanie nieplatoniczne jest widoczne jak na dłoni. Aktorka również dołącza do grona tych, którzy w pełni pokazują swe umiejętności w tej produkcji.

        Drugą niewątpliwą zaletą tego dramatu jest umiejętne budowanie napięcia i idealne tempo. Wszystkie spokojniejsze momenty przerywane są nagłym zwrotem akcji, które trwają na tyle długo, aby utrzymać widza zainteresowanego. Nie ma tu miejsca na nudę. Pomaga też w tym wszystkim montaż oraz zdjęcia same w sobie. Wszystko jest zgrane ze sobą i technicznie nienaganne. Muzyka też potrafi zbudować lub rozładować scenę, w zależności od potrzeb. Te aspekty filmu to czyste mistrzostwo, istna perfekcja.

       Odbiorców, dla których ważna jest scenografia czy kostiumy, ta produkcja może srodze zawieść. Jedynym wyjątkowym elementem w tym wszystkim są „maszyny kulkowe” zaprojektowane przez geniusza. Na swój sposób prezentują się one naprawdę pięknie. Ich konstrukcja jest niebanalna, co przyciąga wzrok widza. Poza tym, mamy tu standardową salę sądową, zwykły szpital, czy biuro prawnicze. Jeśli chodzi o kostiumy, to są to tylko garnitury czy lekarskie kitle.

        Przechodząc do wad filmu, szczerze przyznaję, że nie mogę za wiele wytknąć. Nie ma właściwie nic, co by mnie w oczywisty sposób raziło. Wszystko jest na swoim miejscu i porządnie zrobione, więc po co narzekać. Gorąco polecam „Słaby Punkt” wszystkim tym, którzy lubią pokazy aktorstwa i solidną porcję dramatu ze zbrodnią i procesem w tle.

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Wesoły świat przemytu


Dziś wezmę się za film „Maria Łaski Pełna” z 2004 roku. Jest to dramat opowiadający o młodej dziewczynie, żyjącej w pogrążonej w biedzie Kolumbii, która stara się jakoś zapewnić byt sobie i rodzinie. Pracuje ona tnąc róże i robiąc z nich paczki. Oczywiście pensja z czegoś takiego nie zachwyca, a potrzeby oraz wydatki są duże. Pewnego dnia trafia się możliwość szybkiego zarobku, której trudno odmówić. Pojawia się okazja, aby zostać mułem narkotykowym.

Zacznę od tego, że ogromną zaletą produkcji jest jej autentyczność. Bardzo łatwo uwierzyć we wszystko, co się dzieje na ekranie, przykładem są motywacje bohaterów. Dużą rolę w produkcji odgrywa dobór lokacji do kręcenia. Obraz biedy i braku perspektyw w Kolumbii w porównaniu do bogactwa Nowego Yorku pokazuje nam z jaką przepaścią mamy do czynienia. Świetne zdjęcia oraz  montaż, które sprawiają, że przesiąkamy atmosferą panującą w tych miejscach. Podczas seansu odnosiłem wrażenie, że oglądam dokument, a nie dramat.

Warto też podkreślić zasługi aktorów. Z racji młodego wieku aktorki (Catalina Sandino Moreno) grającej główną bohaterkę nie możemy mówić o jakimś szczególnym doświadczeniu, ale trzeba przyznać, że zaimponowała mi swoją rolą. Kapitalnie odgrywa emocje, targające Marią, zwłaszcza przy podejmowaniu ciężkich decyzji, czy też przy próbach walki o swoje. Nie można zapomnieć o Guilied Lopez grającej swoistą mentorkę w tym całym narkotykowym świecie, uczącą „zawodu”. Jest jeszcze kilka postaci wartych uwagi, jak Carla, siostra nauczycielki, czy też przyjaciółka głównej bohaterki- Bianca i parę innych. Nie znajdziemy tutaj gwiazd Hollywood żadnego formatu, ale jak widać nie są one niezbędne, aby cieszyć się dobrym aktorstwem.

Wadą całego filmu, jak dla mnie, jest poczucie, że jest po prostu za krótki. Mam wrażenie, iż jego tematyka jest ledwie liźnięta i jest tam o wiele więcej do odkrycia, i pokazania nam, nieświadomym widzom. Naprawdę chciałbym zobaczyć więcej z tego nielegalnego świata przemytu narkotykowego, co niestety nie jest mi dane. Może to wina braków budżetowych, może taki był zamysł artystyczny, aby tylko liznąć temat i zmusić świat do reakcji, aby ten proceder zminimalizować albo wręcz ukrócić zupełnie. Tak czy siak, ja nie mogę się pozbyć uczucia niedosytu po projekcji.

„Maria Łaski Pełna” to na pewno godny obejrzenia film. Może nie zachwyca wieloma elementami jak tradycyjne produkcje. Nie ma tutaj jakiegoś specjalnego efekciarstwa, ale jest dramat młodego pokolenia, żyjącego w Kolumbii i bijący z każdej sceny autentyzm. Właśnie to do mnie przemówiło, i myślę, że to chce zaoferować nam reżyser.

środa, 28 listopada 2018

Widzę martwych ludzi….

Dzisiaj, po zdecydowanie za długiej przerwie wracam, mam nadzieję, w pełni sił do aktywności blogowej. Oznacza to też ponowienie jednej z moich ulubionych form pisemnych, czyli recenzji, i do mojego ulubionego medium przekazywania treści, czyli książki. Tym razem będzie to pozycja z „Uczty Wyobraźni” wydawnictwa MAG, której tytuł to „Tonąca dziewczyna” napisana przez Caitlin R. Kiernan. Seria ta to selekcja fantastyki różnego rodzaju, która wybija się ponad przeciętność i dostarcza szczególnych wrażeń. Jest to moja pierwsza książka z tego cyklu i muszę przyznać, że całkowicie spełnia moje oczekiwania. Bardzo pozytywne zaskoczenie, ale oczywiście nie pozbawione wad.

Całość dzieła jest napisana w formie dziennika. Dziennika osoby niebanalnej, bo obciążonej chorobą psychiczną jaką jest schizofrenia. Bohaterka- Imp ma wizje, których nie kontroluje w żaden sposób. Dotyczą one przede wszystkim tytułowej „Tonącej Dziewczyny”, którą zobaczyła na pewnym obrazie, a także jej zmarłej matki. Obserwujemy jej życie codzienne, pełne niecodziennych zdarzeń.  Sama pracuje dla pewnej małej, lokalnej gazety, a dorabia jako malarka, sprzedając od czasu do czasu swe obrazy.  Jedynym, co ją odróżnia od tłumu jest jej choroba. Nie mamy tu żadnego wybrańca, żadnej życiowej misji, wielkiego wroga do pokonania. Jeśli musimy na siłę szukać antagonisty, to jest nim schizofrenia.

Autorka opisuje przede wszystkim swoje zmagania z chorobą, to jak próbuje ocenić, co jest prawdziwe, a co nie, z różnym skutkiem. To też właściwie stanowi główną oś fabularną. Napisane jest to na tyle znakomicie, że ma się wrażenie, iż mamy do czynienia z czyjąś autobiografią, a nie całkowitą fikcją literacką. Doprawdy, na temat stylu mogę pisać wiele i będą to same superlatywy. Nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń, co do tego aspektu książki. Jest to na pewno jedna z najlepiej napisanych rzeczy, jakie w życiu czytałem.

W książce występuje paru bohaterów pobocznych, takich jak kochanka protagonistki albo jej terapeutka, ale nie skupiają na sobie uwagi tak jak główna bohaterka. Co też nie oznacza, że są kompletnie bez znaczenia. Zdecydowanie mają wpływ na to jak ona postępuje. Nie ma tu plejady ciekawych postaci, nie ma za wielkiego wyboru dodatkowych osobowości, na co duży wpływ ma to, że cała akcja dzieje się gdzieś w małym miasteczku Stanów Zjednoczonych, w najmniejszym stanie tego kraju, czyli Rhode Island. Oczywiście nie jest to jedyne miejsce akcji, pojawia się jeszcze pewien most, czy też las, ale nie są to wyróżniające się lokacje.

Ciężko przyczepić się do czegoś konkretnego w „Tonącej dziewczynie”.  Wszystko jest na swoim miejscu. Może przeszkadzać ta przeciętność wszystkiego, ale jest to bardziej powieść obyczajowa, z braku lepszego określenia, niż cokolwiek innego z interesującą główną bohaterką. Może brakuje też intrygujących bohaterów pobocznych, a nawet jeśli są jakieś szczególne postacie, to Imp poświęca im zdecydowanie za mało czasu.

Jedynym elementem fantastycznym w powieści są te wizje, które można łatwo wytłumaczyć. Ogólnie, to jest to bardzo przyjemna i intrygująca powieść, którą polecam wszystkim bez jakichkolwiek wyjątków. Niestety, nie jest to obszerna pozycja, ale nie jesteśmy w stanie nic na to poradzić. Coś takiej jakości powinno być dłuższe, a tak kończy się zdecydowanie za szybko. Ledwo dotarliśmy do głównego dania, a już je nam zabierają. Czasem jednak tak jest i trzeba się z tym pogodzić, zwłaszcza że stanowi to zamkniętą całość z konkretnym zakończeniem. Oby więcej takich powieści.

czwartek, 22 czerwca 2017

Nihilistyczny wampiryzm

Dziś zostajemy w tematyce wampirów, ale w zupełnie innym wymiarze i sposobie niż to miało miejsce przy „Underworldzie”. Mowa o filmie Jima Jarmusha „Tylko Kochankowie Przeżyją”. Główną różnicą jest to, że omawiane dzisiaj dzieło nie posiada w gruncie rzeczy jako takiej akcji. Nie ma też właściwie żadnych efektów specjalnych.  Jest to rzecz mocno oparta na dialogach, na stworzonej atmosferze i niewypowiedzianych kwestiach.  W ten sposób ta produkcja staje się ciężka i dla niektórych może się wydawać po prostu nudna.

Jaki zatem jest przekaz zawarty w tym, co serwuje nam reżyser ? Chce on pokazać upadek ludzkości, jej stopniową drogę w dół, ostateczną dekadencję, nieodwracalną agonię. Wampiry, długowieczne w swej naturze, obserwując nasz rozwój i to do czego dążymy, dochodzą do wniosku, że właściwie nie ma dla nas nadziei. Zresztą w ich oczach nie jesteśmy ludźmi, tylko zombie. Marnujemy te nasze życia, trwoniąc dany nam czas, nie osiągając niczego przez te wszystkie lata.

Taki nastrój wprowadza, a właściwie narzuca nam główny bohater opowieści, czyli Adam, grany przez rewelacyjnego Hiddlestona. Kontynuuje on swą egzystencję wyłącznie dla dwóch rzeczy, a konkretnie rzecz ujmując dla swej pasji do muzyki i nauki oraz dla miłości swego życia- Ewy, granej przez Tildę Swinton (równie znakomita rola). Żyje i narzeka na wszystko z czym nie może się zgodzić jego partnerka. Ona jest tutaj jakby źródłem światła, kontrastem dla ciemności rzucanej przez protagonistę. Właściwie każdy bohater tutaj do pewnego stopnia reprezentuje jakąś postawę. Nie ma ich za wielu i aktorsko nie mam się do kogo przyczepić. Ta warstwa filmu nie dała mi żadnych zastrzeżeń.

To, co dodatkowo tworzy klimat filmu, to scenografia. Wszystko wydaje się tu być drobiazgowo dopasowane. W domu Adama znajdziemy masę rzeczy zgromadzonych przez te wszystkie lata życia. Jako że nie dba o przyziemne sprawy, panuje tam także harmider, gdzie uporządkowane wydają się być tylko rzeczy bezpośrednio związane z pasją. Jak mamy ujęcia w mieście, to mijamy puste, martwe scenerie, gdzie nie ma nic żywego. Za to miasteczko, które też się pojawia, nie jest może zupełnym przeciwieństwem, ale daje nadzieję, bo panuje w nim życie i nawet widzimy zachwyt pewną piosenkarką. To wszystko nabiera symbolicznego znaczenia.

Muzyka to jest, krótko i bardzo konkretnie mówiąc, absolutna rewelacja tego filmu. Pasuje jak ulał, jest jednym z elementów kluczowych w budowaniu nastroju, do tego bardzo specyficzna i mało w całości optymistyczna, ale nie traktuję tego w żaden sposób jako wadę, a wręcz przeciwnie. Gdybyśmy mieli tutaj skoczną polkę, to kompozytora Józefa van Wissema bym po prostu wyśmiał. A tak mamy coś, co dodaje masy wrażeń podczas seansu.

Ostatecznie jest to produkcja czysto artystyczna, nastawiona na dialogi i pokaz sztuki aktorskiej. Ważną rolę pełnią też zdjęcia i zbliżenia przy dialogach, kiedy to aktorzy mimiką pokazują emocje, które nimi szargają. Nie znajdziecie tutaj za wiele powodów do optymizmu. Trudno go szukać tam, gdzie nie ma życia, ale to nie znaczy, że powinniście omijać to dzieło. Ze względu na swój artyzm, którym niewątpliwie dysponuje, mnie się bardzo podobało i nie żałuję. Aczkolwiek nie jest to film dla każdego.

wtorek, 20 czerwca 2017

Operacja w Mogadishu na dużym ekranie.

Dziś recenzja filmu, który, nie będę tego ukrywał, należy do mojej ścisłej czołówki najlepszych filmów, które kiedykolwiek obejrzałem, więc oczekujcie morza superlatyw z małą ilością wad. Ale nie bójcie się, zamierzam powytykać mu parę rzeczy, w miarę mych skromnych możliwości. Mowa o „Helikopterze w Ogniu” Ridleya Scotta. Bez dalszych wstępów przejdę do tego, dlaczego trafiło to dzieło do mego osobistego kanonu arcydzieł.

To, co przede wszystkim do mnie przemawia, to bardzo przekonujący realizm całości jako takiej. Bardzo łatwo uwierzyć w to, co się dzieje na ekranie i nie wymaga to też specjalnej wyobraźni. Wszystko jest pokazane od razu bez wszechobecnego patosu. Jeśli ktoś ginie, to trwale i ostatecznie. Nikt tutaj też nie wysyła oddziału, żeby ratował martwych ludzi albo zwykłego szeregowca o obojętnie jakim nazwisku. Co najważniejsze, kule sięgają dobrych amerykańskich chłopców. Oczywiście całkowicie tej sławnej mieszanki bohaterstwa i poświęcenia Jankesów nie unikniemy i przy paru scenach mamy odruch wymiotny od wciskania tego na siłę, ale to dosłownie dwa momenty, które można wybaczyć twórcom.

Ciężko tu mówić o jakiejś specjalnej historii czy też bohaterach. Nie ma tu właściwie żadnego protagonisty, nikogo o kim wybitnie by ten film opowiadał. Na siłę można tu wymienić Josha Hartnetta, jako sierżanta Eversmanna, albo Erica Banę, jako „Hoota”, ale to nie jest opowieść o herosach wojny. To jest relacja z operacji wojskowej w Mogadishu, o której pisałem wcześniej. To historia jej niepowodzenia, ze szczegółami opartymi o książkę Marka Bowdena o tym samym tytule. Mamy tu też, w związku z tym, brutalność, pokazanie co z ciałem człowieka robią pociski rakietowe i innego typu śmiercionośne narzędzia. Film oferuje nam także wgląd na stres, jaki towarzyszy misjom, nie tylko wśród szeregowych próbujących przeżyć w ogromnym chaosie, ale także ich dowódców w polu czy też kwaterach głównych i powietrzu. Ciężar dowództwa dotyka tu wielu osób i tutaj jest to nam w jakimś stopniu uświadomione. Pod względem warsztatu aktorskiego też to dobrze wypada, nie mogę tutaj narzekać na jakieś negatywne wyłamanie się z szeregu, ale też specjalnie nie mogę nikogo pochwalić. Może na drobne wyróżnienie zasługuje Sam Shepard jako generał Garrsison, nie mogę też zapomnieć o Jasonie Isaacsu, grającym Kapitana Steela (jak widzicie, to nie tylko Lucjusz Malfoy). Warto też wspomnieć o tym, że aby zwiększyć wiarygodność całego filmu, ludzie w nim występujący wzięli udział w podstawowym militarnym szkoleniu.

Cała ta atmosfera wojenna jest opatrzona trzema fundamentami, bez których ten film nie miałby aż takiej siły przekazu. Są to: fenomenalna, słyszalna kiedy trzeba, muzyka Hansa Zimmera, zdjęcia Sławomira Idziaka (nominowanego do Oscara) oraz montaż Pietro Scalli (on z kolei zdobył statuetkę). Swoje zasługi, i to niebanalne, ma też dźwięk, który jest zasługą zbiorowego wysiłku Chrisa Munro, Michaela Minklera, i Myrona Nettingi. Wszystko pod względem technicznym jest tutaj zrealizowane na najwyższym możliwym poziomie. Ja miałem możliwość uczestniczyć w tym wszystkim, tych wszystkich lotach helikopterem, walk na wąskich uliczkach, placach, biegach do punktów zbiórki. Nie omija nas żaden aspekt pola bitwy. Podążamy za Rangersami i Deltą wszędzie, gdzie się tylko pojawią, i jeszcze mamy decyzje dowództwa, trafne albo mniej. Muzyka tez dodaje swoje, nigdy nie zagłusza dialogów, krzyków, zwiększając tylko dramaturgię, kiedy trzeba, a taka potrzeba jest częsta.

Do tej pory właściwie tylko chwalę produkcję Ridleya Scotta, a co można jej wytknąć ? Film ogląda się jako taki fabularyzowany reportaż z pola walki. W związku z tym brakuje mi tutaj mimo wszystko bohaterów. Nie chodzi o herosów rozwalających wszystko i wszystkich, tylko zwykłych żołnierzy, wokół których skupiałaby się ta historia. Nie ma tutaj nikogo, kogo losy by nas specjalnie obchodziły z jednej czy z drugiej strony, ale to nie jest obraz tego typu. Patrzymy na to wszystko z ogólnej perspektywy i szkoda nam każdego życia ludzkiego, który nie bardzo wie dlaczego ginie tysiące kilometrów od domu. Nie oznacza to, że śmierć amerykańskich wojaków czy też Somalijczyków nas nie obchodzi, tylko wylewnych łez nie miałem.

Właśnie, do tej pory głównie mówię o tym, co robią Jankesi. A co z drugą stroną medalu? Brakuje mi scen, gdzie mielibyśmy pokazaną ich perspektywę.  Mają swoje pięć minut na początku, trochę też pod koniec, ale lwia część filmu jest całkowicie zdominowana, z kilkoma wyjątkami. Ja rozumiem wymagania książki, rynku czy też patriotyczno– patosowe zapędy, ale trochę wyjaśnień by się przydało co do Afrykanów.

Jak widzicie, nie ma tutaj za wiele wad, które można by wytknąć z czystym sumieniem. Dla mnie jest to praktycznie rzecz biorąc ideał. I mówię to z pełnym przekonaniem. Uwielbiam do tego wszystkiego wracać i sobie przypominać, chociaż znam to na pamięć, to nie potrafi mi się znudzić. Polecam „Helikopter w Ogniu” każdemu. Osoby stroniące od takiego kina mogą sobie odpuścić, ale miłośnicy nie mają wymówek. Odradzam oglądanie osobom niepełnoletnim, ze względu na brutalność niektórych scen, oraz tym wrażliwym na elementy anatomii człowieka. 

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Skutki Prohibicji

Dziś zajmę się zupełnie innym gatunkiem, pozbawionym jakiejkolwiek fantastyki. Wrócę do sztuki filmowej i do jego przedstawiciela, jakim jest produkcja Briana De Palmy pod tytułem „Nietykalni”. Opowiada ona o czasach prohibicji w USA, obowiązującej w okresie międzywojennym. Historia konkretnie dotyczy jednego z najsłynniejszych przestępców świata, czyli Alphonso Capone, znanego szerzej jako Al. Capone, i jego ostatecznego pogromcy– Eliota Nessa. Jest to film dość mocno oparty na faktach, ale oczywiście dodaje od siebie i zmienia pewne rzeczy na potrzeby widza.

Mamy Chicago rok 1931. Świat przestępczy należy do wspomnianego Włocha, który zajmuje się głównie przemytem alkoholu. Bary są zmuszane sprzedawać tylko jego trunki, nieważne jakiej by nie były jakości. Środkami do wymuszenia tego posłuszeństwa są albo pieniądze, albo groźby. Klasyczna metoda kija i marchewki. Władze Stanów Zjednoczonych dobrze znają źródła olbrzymich dochodów pana Capone, ale nie potrafią znaleźć na niego haka. Aby takowego zdobyć, wysyłają przedstawiciela Departamentu Skarbu, Eliota Nessa, który zbiera ludzi, aby pozbyć się szkodnika w legalny sposób, udowadniając mu liczne przestępstwa przed sądem.

To, co jest jednym z mocnym atutów pana Palmy to klimat. Zdecydowanie czuć te lata 30 w strojach, sprzęcie, samochodach, budynkach. Wszystko pasuje idealnie i jest wiernie oddane. Poruszamy się po ulicach Chicago i podziwiamy wizję świata sprzed osiemdziesięciu lat. To były czasy długich, eleganckich płaszczy, kapeluszy typu fedora i rewolwerów. My to wszystko widzimy, może nawet wzdychamy z tęsknoty do tego stylu , ale na pewno udaje się reżyserowi utrzymać tę atmosferę minionych lat. Widać włożony w to wysiłek, co daje bardzo pozytywne wrażenie. I jest zrobione z pietyzmem, bo nie widziałem przejawów współczesności, co się może zdarzyć w tego typu produkcji.

Dodatkową silną stroną produkcji jest obsada, które obfituje w masę znanych nazwisk. Poczynając od wybitnego Roberta De Niro, jako głównego antagonistę, dołączając do tego Kevina Costnera jako protagonistę, i jeszcze dorzucając Seana Connery'ego jako pomocnika naszego paladyna. Jest jeszcze masa innych bohaterów i wszyscy dobrze się spisali w swej roli. Ciężko mi wyłonić kogoś, kto byłby specjalnie drętwy w swym aktorstwie, a to bardzo dobrze świadczy o osobach występujących w filmie. Jedyne zastrzeżenie, jakie mi przychodzi do głowy, dotyczy szefa kanadyjskiej policji, który jest niesłychanie schematyczny w swej roli. Próbuje wycisnąć z niej co się da, ale niezbyt mu to wychodzi. Cała reszta mi nie wadzi, a wręcz ogląda się ich z przyjemnością. Wspomniane gwiazdy naprawdę błyszczą. Zresztą Szkot (Sean Connery) został doceniony przez Akademię Filmową i dostał Oscara za swą rolę (najlepszy aktor drugoplanowy).

Muzycznie też jest bardzo dobrze. Przede wszystkim pasuje do panującego klimatu i nie psuje też nastroju. Zawsze w tle i zawsze spełniająca swą rolę w danym momencie. Nie mogę też, co prawda, powiedzieć, że będę szukał wszędzie, gdzie się da całej ścieżki dźwiękowej z filmu, ale nie zauważyłem jakichś spadków. Mogę więc śmiało powiedzieć, że Stephen. H Burum odwalił kawał solidnej roboty. W żadnym przypadku nie zasługuje ona na miano wybitnej, ale też nigdy nie przeszkadza w odbiorze.

To, co uznałbym za wadę to kilka scen, które wybitnie silą się na niezwykle dramatyczne (akcja z wózkiem czy też na dachu gmachu sądu), próbując wywołać napięcie u widza. Ich ewidentną przywarą są dwie rzeczy. Mianowicie to, że są wręcz groteskowe przez fakt mocnego przekombinowania. Nie czujemy dreszczyku spływającego po plecach, raczej irytację, także przez drugi fakt ,że te konkretne momenty są zdecydowanie za długie. Ciągnie się to i ciągnie, a rezultat jest łatwy do przewidzenia.

Razi też parę niekonsekwencji logicznych, związanych po części z tym dramatyzmem. Śmierć jednego z bohaterów to powinien być moment po tym jak zobaczyłem, ile ołowiu w sobie trzymał, ale zdołał jeszcze poinformować naszego rycerza, gdzie znajdzie konieczne do dalszego śledztwa informacje. Zaiste patos ogromny, znów wydłużony i wymuszony scenariuszowo.
Historia ogólnie stoi na wysokim poziomie, poza wspomnianymi wyjątkami. Ja sam znałem tylko strzępki historii związanej z Alem Capone. Po filmie i potwierdzeniu jego wiarygodności wiem znacznie więcej. To rzeczywiście miało prawo wyglądać tak, jak zostało przedstawione. Myślę, że akurat tym aspektem nie będziecie zawiedzeni, bo całość ogląda się z przyjemnością.


Kończąc mój tekst powiem, że nie żałuję, że obejrzałem film De Palmy. Jest on trochę edukacyjny, ale nawet bez tego wyszedłby obronną ręką. Opowiada ciekawą historię, do tego ma zaangażowanych wybitnych aktorów, znanego reżysera, jego atuty można wymieniać i wymieniać. On już w fazie produkcji był skazany na sukces przez jakość swych walorów.  Ogólnie polecam. Te pełne patosu momenty naprawdę można przeżyć. 

środa, 14 czerwca 2017

Gryziemy na pewno nie po raz ostatni.

Dzisiaj opiszę ostatnią, do tej pory wyprodukowaną, część „Underworlda” opatrzoną podtytułem „Wojny Krwi”. Na początku powiem, że jest solidnie, ale nie ma przełomu, jakiejś rewolucji, która moim zdaniem mogłaby się przydać. Bo ileż można opierać się na tej samej formule ? Nie mówię, aby robić z kolejnych odsłon filmy psychologiczne, metafizyczne czy coś w ten deseń, ale zaczyna się robić trochę schematycznie i na jedno kopyto. Na razie jeszcze się to wszystko jakoś trzyma kupy i nie nudzi weteranów serii, ale wkrótce mogą się zacząć dziać złe rzeczy. Ale starczy tych futurystycznych spekulacji, czas przejść do tego, co oferuje nam piąta już część.

Najważniejsza informacja jest taka, że nastąpił spory jakościowy skok w wielu kierunkach w stosunku do poprzedniczki. Nie było to, co prawda, zadanie szczególnie trudne, ale i pewien niepokój mógł się wkraść mimo wszystko. Zasadnicza różnica tkwi w scenariuszu. W końcu coś sensownego, logicznego i dającego się oglądać. Jest jeden mało wiarygodny moment, ale, jak na cały film, to nie jest to jakaś wielka wada. Ogólnie rzecz biorąc jest naprawdę dobrze i rzeczywiście przyjemnie się całość ogląda.

Teraz powiem, że brakuje, o dziwo, w tym filmie efektowności. Sceny pojedynków czy batalistyczne są jakieś takie mało dynamiczne. Może to wina montażu, może wolnej pracy kamery, ale brakuje temu wszystkiemu szlifu. Sceny akcji, które od zawsze są motorem napędowym serii, tutaj lekko szwankują. Wydaje się jakby całość w tym aspekcie łapała zadyszki, a to nie jest dobry sygnał. Ale tragedii też nie ma, dalej jest dość efektownie, tylko za mało efektywnie.

Co jest ogromnie ważne, mamy w tym filmie klimat. Twórcy poszli po rozum do głowy i wiele scen rozgrywa się w atmosferze średniowiecznej. Nareszcie mamy powrót arystokratów w świecie wampirów, ich gotyckich twierdz wraz ze strojami. Wszystko to znów ze sobą współgra i do tego elementu nie mogę się przyczepić. Mam nadzieję że to stanie się standardem, bo nie chce znowu oglądać biurowców ani samochodów. Nie z tym mi się kojarzą wampiry, pomimo wysiłków producentów, abym postrzegał je inaczej. Najwidoczniej, brakuje im środków perswazji.

Kolejnym elementem, który nie zawodzi jest gra aktorska, poza dwoma wyjątkami. O dziwo tym razem nie potrafię narzekać na Theo James’a. Co prawda nie zachwyca on swoją charyzmą, ale widać jakiś krok do przodu w tym co robi, a to daje nadzieję. O Kate Beckinsale nie ma co pisać, bo ona nie potrafi zagrać słabo tej postaci (ma już trochę doświadczenia po pięciu częściach) i ponownie trudno się nie przekonać, że jest Seleną. Zdecydowanie za mało jest w tym filmie Charlesa Dance’a, który ponownie kradnie sceny dla siebie i to całkowicie. Przy nim cała reszta znika, nieważne kto by tam jeszcze był obok. Ten aktor ma po prostu absolutną władzę nad pozostałymi. Podejrzewam, że tylko wybitne jednostki by mu się oparły.

Muzycznie nie wiem czy cokolwiek się zmieniło. Dalej mamy te same rzeczy, co wcześniej , bo też nie ma potrzeb za wielkiej ewolucji. Sam film niewiele się zmienia w swej formule, więc dalej mamy utwory tworzące odpowiedni nastrój do poszczególnych scen. Nie zauważyłem tutaj żadnego upadku tego aspektu produkcji, co cieszy.

Rzeczą, o której należy wspomnieć jest pewien północny przyczółek, dość nietypowy jak na wampiry, tworzący chyba w gruncie rzeczy największy atut filmu. Jest sam w sobie interesująco przedstawiony i ma nietypowych mieszkańców, co dodatkowo go uatrakcyjnia. No i cieszy też fakt nowej pięknej kobiety w obsadzie, która, oprócz urody, pokazuje może nie rewelacyjny, ale znośny całkiem kunszt aktorski. Jak na debiut poradziła sobie dziewczyna. Ale może jej uroda odebrała mi trzeźwość osądu. Zresztą to samo do pewnego stopnia mogę powiedzieć o brytyjskiej piękności.

Na koniec powiem, że nie żałuję obejrzenia piątej części, czego nie mogłem powiedzieć o „Przebudzeniu”. Tam to była czysta agonia, ale obowiązek recenzencki nie pozwolił mi jej przerwać. Tutaj mamy pewne odrodzenie serii, które przywraca wiarę w sens jej dalszego istnienia. Nie ma przełomu w żadnym aspekcie, nie przebija ona pierwowzoru ani „Buntu Lykanów”, plasując się w moim rankingu zaraz za nimi, ale nie zasługuje też na potępienie. Jest naprawdę dobrze i tego się trzymajmy w oczekiwaniu na „szóstkę”.