Jestem po lekturze "Z Mgły Zrodzonego" trochę gloryfikowanego przeze mnie tutaj autora Sandersona i trzeba przyznać że mam spory dylemat gdzie tą pozycję umieścić w stosunku do Elantris. Jest na bardzo zbliżonym poziomie, a może nawet lepsza. Także już wiecie że jeśli ufacie mej opinii, a wierzę że tak jest bo inaczej byście tu nie zaglądali, to możecie nawet w tym momencie lecieć go księgarni z pieniędzmi, i brać tą książkę, bo Sanderson był w formię jak to pisał, i to jeszcze jakiej.
Zacznijmy od rzeczy która znów jest świetnie przemyślana i wokół niej się kręci spora część tego co się dzieje w powieści czyli czymś co się zwie Allomancją. Jest to system magii po raz kolejny. W pewnym sensie podobny do tego z Oddechami z Siewcy Wojny, ale ma swoje punkty, które czynią go unikatowym a mianowicie metale, które są w tym wszystkim nieodzowne. Każdy z nich wywołuje określony efekt u tego który je stosuje, albo na ludziach na których ową moc skieruje. Jestem ciekaw na jakiej zasadzie autor je dobierał do konkretnych efektów, bo nie są to automatyczne skojarzenia, przynajmniej w moim wypadku. I ponownie mamy przypadek gdzie magia stanowi niezwykłą zaletę tego co czytamy.
Świat przedstawiony nie jest zbyt bogaty. Znów nawiąże do Siewcy, bo podobnie jak tam wszystko dzieje się w jednym mieście praktycznie poza bardzo nielicznymi wyjątkami, ale tutaj mamy pewną przewagę nad wspomnianym dziełem bo jest mapa i to trzeba przyznać nieźle narysowana, czytelna i wystarczająca. Mamy też rozrysowaną całą arene zmagań, ale na razie nie ma po co do tego zaglądać, bo wszystkie rzeczy dziejące się poza aglomeracją są ledwo wspomniane i szybko się o nich zapomina. Mam nadzieję że pozostaje miejsca zostaną wykorzystane w przyszłych tomach, i akcja trochę nas poprzenosi w różne regiony Imperium.
Dalej mamy bohaterów. Tutaj nie ukrywam trafił mi się typ który wręcz ubóstwiam i z miejsca ją pokochałem a mianowicie młoda złodziejka. Przynajmniej w takiej roli ją spotykamy po raz pierwszy. Co się stanie z nią potem to sami zobaczycie. Była to moja faworyta od samego początku i kibicowałem jej bezustannie, i się nie zawiodłem. Postać jest napisana rewelacyjnie i przekonywająco w wielu aspektach. Pozostali też są niezastąpieni zwłaszcza Breeze. Jest to pewien pseudo-szlachcic, który ma takie dialogi że nie sposób go nie polubić. Podobny mam stosunek do Hama, on tez wygrał moją sympatię. Ci dwaj wymienieni to jedne z głównych postaci pobocznych ale ich wpływ na każdą scenkę jest niezapomniany. Protagonista poza naszą rezolutną dziewoją niestety trochę zawodzi, jest przynudnawy, ale nie obawiajcie się to jest jednak Sanderson i Keisler nie jest słaby, tylko wymagałbym od tak sprawdzonego autora jeszcze trochę więcej.
A fabularnie jak ? Powiem Wam niesamowicie. Tempo rośnie i spada we właściwych momentach, dodatkowo książka ma swój klimat, w który można łatwo wsiąknąć, i jest przekonywujący. Nie ma na pewno spadków poziomu, wszystko stoi na bardzo wysokim bez zgrzytów, i każe wręcz czytać dalej, i trudno temu głosowi odmówić racji. Nie sposób się oderwać. Mogę nawet się pokusić o stwierdzenie że często nie tylko wciąga akcja powieści, ale wręcz zasysa z niesamowitą siłą.
Dość kontrowersyjnym momentem jest epilog a właściwie doprowadzenie do takiego czy innego zakończenia czyli końcówka. Mam lekko mieszane odczucia co do niej, bo co prawda jest jak na Sandersona przystało epicka do granic możliwości i na to nie mam prawa narzekać, ale kończy się w taki sposób że jestem ciekaw co się stanie w tomie drugim, gdyż może być autorowi bardzo ciężko utrzymać poziom ze względu na to co tutaj się zdarzyło. Mam nadzieję że z tego wybrnie i mnie zaskoczy pozytywnie. Oczywiście już niedługo zabieram się za lekturę Studnii Wstąpienia, i możecie oczekiwać wrażeń jak tylko skończę z tą kontynuacją.
Stylowo no cóż nie zaskoczę was jak powiem nienagannie wręcz. Tutaj nic nie zawodzi. Tradycyjnie mamy neologizmy, lekką kwiecistość, która idealnie się wpasowuje. I to co autor tej notki lubi najbardziej czyli świetne dialogi, do których wręcz chce się wracać. Momentami aż chciałem "przewijać opisy" aby trafić na jakąś konwersację. A to u mnie bardzo dobry znak, którego dawno nie miałem podczas czytania.
Podsumowując Sanderson na pewno nie zawodzi, a wręcz przeciwnie, może nawet przeskakuje samego siebie. Naprawdę wdrapuje się bardzo szybko do elit powieści fantasy, i ciężko go będzie stamtąd strącić. Wprowadza masę interesujących pomysłów do gatunku i nieustannie trzyma poziom, który zadowoli wielu podejrzewam nawet najbardziej wymagających weteranów gatunku. Polecam gorąco. Zaryzykuję stwierdzenie że jest to powieść lepsza od tego co teraz czytacie,albo mieliście zamiar czytać. Porzućcie ten zamiar i łapcie Z Mgły Zrodzonego. Na pewno warto.
niedziela, 13 grudnia 2015
czwartek, 3 grudnia 2015
Czyżby nowy Brett ?
Dzisiaj wracamy do autora, który ostatnio dominował w moich publikacjach czyli znanego wam dobrze Petera V. Bretta. Jestem świeżo po lekturze drugiej części jego Tronu z Czaszek. I uwaga są innowacje, małe bo małe i o różnym stopniu atrakcji i użyteczności ale są. Co to za innowację zaraz wszystkiego się dowiecie.
Pierwsza rzecz która od razu się rzuca w oczy po otworzeniu pierwszej strony za okładką to mapa. <Tutaj przydałby się dźwięk fanfar>. Ktoś wpadł na to co prawda w dopiero czwartym tomie, ale lepiej późno niż wcale, że może coś takiego by się przydało. Druga sprawa że świat nie jest bogaty i jest tam zaznaczone z pięć punktów na krzyż, ale ważne jest że mamy orientację odległości między nimi i lepsze wyczucie kierunków. Brawa za tą jakże podstawową nowość. Jeśli ktokolwiek z czytelników fabryki ma kontakt dobry z Fabryką Słów może im zasugerować żeby taka mapa była obecna w każdym tomie począwszy od pierwszego w przyszłych wydaniach.
Drugą rzeczą która też się ukaże wam jak zajrzycie tym razem na sam koniec powieści będzie słownik wyrazów używanych przez naszych Muzułmanów, którzy udają że nimi się są czytaj Krasjan. Nareszcie jest zebrany i szerzej wytłumaczony szereg tych neologizmów autorstwa Amerykanina jak się okazuje (przepraszam za Brytyjczyka Panie Brett), i mamy też etymologię tych słów przynajmniej w części przypadków. Brawo po raz kolejny to na pewno tez się przyda, zwłaszcza takim którzy lubią takie sprawy drążyć, przykładowo autor tego bloga.
I uwaga na tym nie koniec trzecią najmniej przydatną innowacją w gruncie rzeczy ale też w jakiś sposób jest drzewo genealogiczne rodu Jardira. Mamy tam rozpiskę jego dziedzictwa. Fakt że posiada on kilka żon rzeczywiście nie ułatwia sprawy w śledzeniu, ile ma tych pociech młodych, i z kim. Może niektórzy uznają to wręcz za najbardziej przydatną rzecz.
Przejdźmy teraz do rzeczy, które są właściwą oceną książki, czyli oceny fabuły i całej reszty jej treści. W dziele Bretta dzieje się pod samego początku tradycyjnie sporo, u wielu bohaterów w wielu miejscach na raz i tradycyjnie skaczemy rozdziałami z jednej lokacji na drugą. Wszystko to konstruowane i prowadzone jest w niesamowitym tempie i rozwija się to wszystko w bardzo dobrym kierunku. Trzeba wspomnieć, że jest parę momentów niesamowicie mocnych, które naprawdę wyjątkowo chce się czytać, i które niewątpliwie podnoszą wartość utworu. Rozdziały genezy są tym razem na szczęście skrócone i możemy się skupić na weteranach serii. A właściwie na wszystkich którzy wcześniej stanowili mimo wszystko tło dla Arlena i Jardira.
Cała książka się skupia na pozostałych bohaterach i dobrze jej na tym wychodzi. Sytuacja między dwiema frakcjami jest na tyle napięta, i bogata w szczegóły, że daje to miejsce dla popisu dla wielu postaci na wykazanie się, i rzeczywiście z tej okazji korzystają. Moją ulubioną postacią z tego tomu jest księżna matka Arienne, która ma rzeczywistą władzę w księstwie, i jest mózgiem głównego ośrodka obrony przed muzułmanami. Jej kreacja jest rzeczywiście dobra i wciągająca.
Nie mam co pisać o stylu, bo już dobrze się zorientowaliście jaki jest i jaki nie jest. Brett jest tutaj boleśnie konsekwentny. Moją opinię o nim dawno już znacie więc nie będę się powtarzał.
Teraz muszę wspomnieć o końcówkę tego tomu, która budzi największe kontrowersje. Moim zdaniem jest ona niespójna z całokształtem sagi. Jest co prawda logiczna, i nie ma tam działań kompletnie oderwanych od jakiegokolwiek sensu, ale nie pasuje mi ona do końca. Mam wrażenie jakby Amerykanin chciał zakończyć z pompą, i widział że zbliżał się do zakończenia bez pomysłu, i po prostu napisał to co mu pierwsze przyszło do głowy, albo miał po prostu taką wizję, i rzeczywiście od początku zamierzał tak kwestię rozwiązać. No nic pozostaje nam czekać na piąty ostatni tom sagi i wtedy będziemy wiedzieć na pewno co autor miał na myśli.
Pierwsza rzecz która od razu się rzuca w oczy po otworzeniu pierwszej strony za okładką to mapa. <Tutaj przydałby się dźwięk fanfar>. Ktoś wpadł na to co prawda w dopiero czwartym tomie, ale lepiej późno niż wcale, że może coś takiego by się przydało. Druga sprawa że świat nie jest bogaty i jest tam zaznaczone z pięć punktów na krzyż, ale ważne jest że mamy orientację odległości między nimi i lepsze wyczucie kierunków. Brawa za tą jakże podstawową nowość. Jeśli ktokolwiek z czytelników fabryki ma kontakt dobry z Fabryką Słów może im zasugerować żeby taka mapa była obecna w każdym tomie począwszy od pierwszego w przyszłych wydaniach.
Drugą rzeczą która też się ukaże wam jak zajrzycie tym razem na sam koniec powieści będzie słownik wyrazów używanych przez naszych Muzułmanów, którzy udają że nimi się są czytaj Krasjan. Nareszcie jest zebrany i szerzej wytłumaczony szereg tych neologizmów autorstwa Amerykanina jak się okazuje (przepraszam za Brytyjczyka Panie Brett), i mamy też etymologię tych słów przynajmniej w części przypadków. Brawo po raz kolejny to na pewno tez się przyda, zwłaszcza takim którzy lubią takie sprawy drążyć, przykładowo autor tego bloga.
I uwaga na tym nie koniec trzecią najmniej przydatną innowacją w gruncie rzeczy ale też w jakiś sposób jest drzewo genealogiczne rodu Jardira. Mamy tam rozpiskę jego dziedzictwa. Fakt że posiada on kilka żon rzeczywiście nie ułatwia sprawy w śledzeniu, ile ma tych pociech młodych, i z kim. Może niektórzy uznają to wręcz za najbardziej przydatną rzecz.
Przejdźmy teraz do rzeczy, które są właściwą oceną książki, czyli oceny fabuły i całej reszty jej treści. W dziele Bretta dzieje się pod samego początku tradycyjnie sporo, u wielu bohaterów w wielu miejscach na raz i tradycyjnie skaczemy rozdziałami z jednej lokacji na drugą. Wszystko to konstruowane i prowadzone jest w niesamowitym tempie i rozwija się to wszystko w bardzo dobrym kierunku. Trzeba wspomnieć, że jest parę momentów niesamowicie mocnych, które naprawdę wyjątkowo chce się czytać, i które niewątpliwie podnoszą wartość utworu. Rozdziały genezy są tym razem na szczęście skrócone i możemy się skupić na weteranach serii. A właściwie na wszystkich którzy wcześniej stanowili mimo wszystko tło dla Arlena i Jardira.
Cała książka się skupia na pozostałych bohaterach i dobrze jej na tym wychodzi. Sytuacja między dwiema frakcjami jest na tyle napięta, i bogata w szczegóły, że daje to miejsce dla popisu dla wielu postaci na wykazanie się, i rzeczywiście z tej okazji korzystają. Moją ulubioną postacią z tego tomu jest księżna matka Arienne, która ma rzeczywistą władzę w księstwie, i jest mózgiem głównego ośrodka obrony przed muzułmanami. Jej kreacja jest rzeczywiście dobra i wciągająca.
Nie mam co pisać o stylu, bo już dobrze się zorientowaliście jaki jest i jaki nie jest. Brett jest tutaj boleśnie konsekwentny. Moją opinię o nim dawno już znacie więc nie będę się powtarzał.
Teraz muszę wspomnieć o końcówkę tego tomu, która budzi największe kontrowersje. Moim zdaniem jest ona niespójna z całokształtem sagi. Jest co prawda logiczna, i nie ma tam działań kompletnie oderwanych od jakiegokolwiek sensu, ale nie pasuje mi ona do końca. Mam wrażenie jakby Amerykanin chciał zakończyć z pompą, i widział że zbliżał się do zakończenia bez pomysłu, i po prostu napisał to co mu pierwsze przyszło do głowy, albo miał po prostu taką wizję, i rzeczywiście od początku zamierzał tak kwestię rozwiązać. No nic pozostaje nam czekać na piąty ostatni tom sagi i wtedy będziemy wiedzieć na pewno co autor miał na myśli.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)