środa, 20 lipca 2016

Titan jednak żyje ? Owszem i wygląda na to że nie przejdzie bez echa w świecie gier.

Tytan jednak się pojawił na rynku po wielu latach zapowiedzi, ale pod zmienioną nazwą – Overwatch. Z oryginalnego zamysłu ostały się zarysy fabuły, dynamika rozgrywki oraz część stylu graficznego. I trzeba przyznać, jest to niezwykle udany renesans tytułu. Wyszła z całości jedna z najważniejszych premier tego roku, która już na starcie podbiła świat sprzedając się w 10 – milionach egzemplarzy. W tej recenzji postaram się wyjaśnić skąd ten fenomen się pojawił, i czy zasłużenie.

Z czym właściwie mamy do czynienia ? To FPS połączony w bardzo ciekawy sposób z elementami gry MOBA, co przejawia się tym że mamy na starcie dwadzieścia jeden postaci( niedługo pojawi się kolejna i na pewno nie jest to ostatnia), bardzo różnorodnych trzeba dodać. Każda z nich ma odmienny zestaw umiejętności, historię, kwestie wypowiadane, skórki, i wiele innych aspektów. Przykładowo mamy samuraja z kataną, niezwykle mobilnego Genjiego, który ciska shurikenami, oraz dobija wrogów szybkim zamachem mieczem, o ile damy mu się podejść. Jest też jego brat Hanzo. On z kolei jest doskonałym łucznikiem ze strzałą rozpryskową, rażącą obszarowo wrogów, albo ze swoistym sonarem skanującym na małym obszarze obecność przeciwników, i ujawniającym ich pozycje. Przykłady można by przytaczać do wyczerpania zasobu postaci. Dość powiedzieć że każda z nich pełni w zamyśle twórców określoną rolę, na które składają się atak, obrona, wsparcie i bycie tankiem. Godne wzmianki jest też to że balans postaci jest w dużej mierze zachowany. Oczywiście wymaga on poprawek, ale już widać, że twórcy się nauczyli na swych poprzednich tytułach, oraz potrafią słuchać społeczności. Obie te rzeczy są pożądane jak najbardziej.

Co stanowi spory plus Overwatcha że nie jest on zwykłym deathmatchem, gdzie chodzi o to kto zabije jak najwięcej osób w jak najkrótszym czasie, ale jest ściśle nastawiony na współpracę. Często bez postaci wsparcia, czy też tanka osiągnięcie sukcesu jest niemożliwe. A co właściwie jest naszym celem ? Są cztery tryby gry, które są rozgrywane na 12 mapach, po trzy do każdego z nich. Są to eskorta( na początku mapy znajduje się ładunek, przy którym musi stać przynajmniej jedna osoba, aby posunąć go do przodu). Zadaniem przeciwników jest oczywiście nie dopuścić do tego aby ta „przesyłka” dotarła do celu. Dalej mamy do czynienia z obroną punktów, drużyna atakująca aby go przejąć musi przebywać na nim przez określony czas. Przedostatnim jest wpierw przejęcie danej lokacji, a potem utrzymanie go, gdzie co sekundę rosną nam wartości procentowe. 100% dla którejś ze stron to koniec rundy, których to mamy trzy. Ostatnią rzeczą, która może nam się przytrafić(mapy są losowane ze wspomnianej puli) to hybryda pierwszych dwóch wspomnianych( najpierw bronimy punktu, a jak nam się nie uda mamy krótką eskortę).

Rzeczą godną uwagi jest fakt, że wszystkie te mapy są oparte na klimacie i architekturze przypominających realne miejsca na mapie naszego świata. Dla przykładu mamy wybrzeżne, greckie polis, słynną drogę 66, czy tez sam Hollywood. To wszystko jest bogate w detale, szczegółowe i rzeczywiście łatwo uwierzyć, że właśnie walczymy na jednej z ulic Londynu. To oczywiście jest dużym plusem gry. Jeszcze do tego dochodzi fakt, że te miejsca są pełne różnych alternatywnych przejść, i często można zaatakować przeciwnika z tyłu, z boku, tam gdzie się tego nie spodziewa. Tylko naprawdę momentami jest jedyna słuszna droga przedostania się do celu.

Technicznie Overwatch jest zrobiony bardzo dobrze. Rzadko mamy do czynienia z sytuacją rozłączenia się z serwerem z przyczyn od twórców gry. Przy tym co się działo przy Diablo III na samym starcie, to spory krok naprzód. Dalej graficznie wszystko jest dopieszczone do wysokiego poziomu. Postacie mają bardzo estetyczne modele, bronie też nie są gorsze, efekty umiejętności, wybuchy wszystko jest bez problemu do odróżnienia i nie mamy problemów z identyfikacją, kto kim jest i czym strzela. Dźwiękowo jest wręcz rewelacyjnie. Każda mapa ma swoją unikalną ścieżkę dźwiękową, odgłosy broni, też są niepowtarzalne. W grze dodatkowo został zaimplementowany zaawansowany system „dystrybucji” odgłosów, aby ułatwić rozpoznanie kierunku z którego ktoś właśnie w nas ładuje magazynek, albo robi co innego.

Elementem obowiązkowym teraz w wielu grach opartych na rozgrywce sieciowej jest system progresu, który objawia się w grze dostawianiem doświadczenia za każdą potyczkę. Zdobycie pewnej ilości tegoż powoduje zwiększenie poziomu, co daje nam skrzynkę w której znajduje się cztery losowo generowane kosmetyczne przedmioty na daną postać ( kwestie, skórki, graffiti i inne takie). Mają one także różny stopień rzadkości od pospolitych, przez rzadkie, po epickie, czy ostatecznie legendarne. Te „łupy” jak zostało to nazwane przez autorów można też kupić za realne pieniądze. Można też to wszystko zdobyć za walutę obecną w grze. 

Blizzard zadbał też o tło całości. Mamy aż cztery póki co filmy animowane opowiadające głownie genezę albo relacje między postaciami, mamy komiksy krótkie dotyczące wielu z nich, oraz samą historię czym jest i co reprezentuje Overwatch. Każda z tych rzeczy jest dopieszczona do ostatniego szczegółu, i nie można tych postaci pomylić. Wszystkie mają pewne cele, powody dla którego dołączyły, bądź też odłączyły się od organizacji. Całość to tylko uwiarygadnia potyczki, zwłaszcza że te filmiki dzieją się na mapach, które są obecne w grze. 

Niedawno pojawiła się opcja grania „na poważnie” czyli kompetytywnie. Blizzard sam przyznał że ten typ rozgrywki, jest do połowy sierpnia testowy, gdzie próbują znaleźć optymalne rozwiązania dla graczy. Niestety ale ta próba wprowadzenia tzw. rankedów ma więcej wad niż zalet. Poczynając od najważniejszej rzeczy czyli oddzielnego segregowania tych co grają sami od drużyn, po naliczanie rang, kary za wychodzenie i ogólnie system ponownego dołączania, nagrody za ten sezon, rzut monetą, „sudden death”. Jak widzicie jest tego sporo i można by tego jeszcze dodać.

Podsumowując Overwatch ma naprawdę spory potencjał, aby wbić się klinem do sceny e-sportoweji dłużej tam pozostać (o ile da radę wrzucać do gry nową zawartość w akceptowalnych odcinkach czasowych), stać się też grą dla „niedzielnych graczy”. Musi jedynie zrobić dwie rzeczy. Przebudować system grania kompetetywnego, oraz cały czas dbać o balans i dodawać nowe postacie, skórki, mapy. Jak jedna chociaż z nich zawiedzie, niestety ale gra może o wiele szybciej upaść niż przykładowo Diablo.


poniedziałek, 23 maja 2016

Co jest pod Kopułą ?

Dziś odetchniemy od Pana na Tronie. Niech on też sobie odsapnie. Zmienimy zupełnie klimat na post apokaliptyczną wersję rzeczywistości. W trakcie jak czytam siódmy tom od króla, to łyknąłem podczas mej niedawnej podróży mini – powieść młodego, początkującego ale mającego już na swym koncie skromny dorobek autora Pawła Jakubowskiego „Kopuła”.

Jak to w tych realiach często bywa, cała powierzchnia jest skażona i to w śmiertelny dla wszelkiego życia  sposób przez opary gazu. Przetrwała tylko część ludzkości, która znajduje się w kopułach, które nie dość że są głęboko pod ziemią to jeszcze ochrania je powłoka chroniąca przed niebezpieczeństwem. Problem pojawia się wtedy, gdy zagrożenie nie zanika, zapasy żywności i nie tylko zostały zgromadzone i zaprojektowane na rok, a ludzie tkwią tam już przez trzy lata. Akcja rozpoczyna się w momencie zebrania najwyższych przedstawicieli partii, którzy mają zaradzić tym problemom. Można powiedzieć że tam się też kończy bo cała fabuła zamyka się w pomieszczeniu obrad, które nie należy do bardzo pojemnych.

Bohaterowie to członkowie zgromadzenia pełniące rozmaite w niej funkcję. Poczynając od Sekretarza, kończąc na Mierniczym dbającym o wytrzymałość kopuły. Autor cały dramat( w sensie też dosłownym bo książka wybitnie się nadaje do przeniesienia na deski teatru co zresztą Pan Paweł zrobił) zawarł w dialogach a także czynach owych ludzi. Każdy z nich ma swoje własne cele, także chce coś osiągnąć w czasach kryzysowych, jakoś wykorzystać ten moment krytyczny dla przetrwania gatunku. Nie powiem żeby to była plejada wybitnych osobistości, ale też nie można zarzucić takiej do bólu sztampy. Potrafią oni zaskoczyć choć właśnie wspomniany człowiek od pomiarów odstaje od reszty i jakoś nie potrafi „skraść sceny” pozostałym. 

Pomysł na fabułę sprawdza się w zupełności, i pozwala śledzić zachowania ludzkie w momencie właściwie gwarantowanej apokalipsy. Jest to rzeczywiście cała plejada reakcji i to one najbardziej wciągają w tej pozycji. Ciężko w tej sytuacji też komuś wyraźnie kibicować, bo nikt tutaj od początku wydaje się nie mieć szans na zdecydowane zwycięstwo. Nawet Strażnik mający pod sobą wojsko i broń nie wydaje się mieć mocnej przewagi, choć oczywiście nie waha się sięgnąć w razie potrzeby po swoje atuty.

Świat przedstawiony zamyka się w tym jednym pomieszczeniu w znacznej mierze. Nie poznajemy powierzchni w żadnym stopniu. Znamy ją tylko z pojedynczych, zdawkowych opowieści. Poza obradami mamy tylko zerknięcia w inne pomieszczenia, ale właściwie nie mają one żadnego znaczenia. Lokacja nie gra tu żadnej roli i nawet nie próbuje skupiać na sobie uwagi. Zresztą jedyny opis jaki jest, a przynajmniej który zapamiętałem znajduje się na samym początku książki i potem już nie ma na nie miejsca.

Teraz przyszła kolej na styl i tutaj nie jest tak do końca różowo. Powieść jest napisana raczej prostym językiem i pisarz stara się odróżnić bohaterów też w sposobie ich mówienia, w sensie wypowiadanych słów i ta sztuka się w wielu przypadkach udaje(choć nie wszystkich). Poważnym za to mankamentem są powtórzenia, których jest tu od groma.  Niekiedy jest to zrozumiałe  u postaci Sekretarza, który lubi podkreślać pewne rzeczy,  czy też u Rachmistrza z racji tego że jest nerwowy.  Często jednak mam wrażenie, że autor je stosuje w kompletnie dziwnych, i dla mnie kompletnie niezrozumiałych momentach, co niebywale zaczęło w którymś momencie irytować i odbierać częściowo przyjemność z książki. Zacząłem się zastanawiać, po co to zdanie w tym momencie padło drugi raz, skoro nie ma jakiejś wyraźnej logicznej podstawy ku temu. I dlaczego akurat te, a nie właściwy wniosek przykładowo. Chętnie bym się dowiedział "u źródła" czy to jego świadomy zabieg w kilku przypadkach. Czy też jest to wina składu, tudzież korekty. Mam nadzieję ze będę miał ku temu okazję.

Pora na podsumowanie. Ogólnie polecam książkę Pana Pawła gdyż jest to wciągające studium psychologii człowieka w obliczu śmierci. Nie jest to portret szczególnie ubarwiony, złagodzony. Raczej pewna autorska wizja, bez pokolorowania tego dla najmłodszych. Rzeczą którą jeszcze bym wytknął autorowi jest fakt że brakuje mi tu szerszego nakreślenia mimo wszystko świata, i jego historii. Przydałoby się kilka dodatkowych stron jak do tego wszystkiego doszło bo ze strzępów nie da się tego wszystkiego złożyć w sensowną całość. Rozumiem, że książka skupia się na czymś zupełnie innym, ale geneza i dodatkowa sceneria mogłaby to wszystko dodatkowo ubarwić. Ponadto zabrakło zupełnie miejsca dla postaci pobocznych, które w ogóle nie mają się szans przebić do naszej pamięci, przyćmione przez protagonistów. A szkoda bo przydałby się ktoś z zewnątrz, mający jakiś wpływ na to wszystko. Z pozytywnych rzeczy z kolei mogę powiedzieć że jest kilka naprawdę dobrych momentów. Zwłaszcza kwestia pewnego mitycznego rozwiązania jest bardzo ciekawie rozwiązana oraz jedna ze scen z Rachmistrzem doprowadziła mnie do naprawdę szczerego śmiechu. A i oczywiście zakończenie jest niezwykle nowatorsko potraktowane, ale to już musicie odkryć sami.

Pozycja na pewno zasługuje na te dwie godzinki, albo nawet mniej które potrzeba na jej przeczytanie w całości. Jest w stanie wam praktycznie zagwarantować rozrywkę na solidnym poziomie. Może to nie jest literatura specjalnie wybitna, ale tez unikniecie odrzucenia książki na półkę z powodu rozczarowania treścią, czy formą. A jeśli tematyka wam się rzeczywiście spodoba, to na pewno po skończeniu zostanie wam  też kilka kwestii do rozważań w głowie.

wtorek, 5 kwietnia 2016

Podejście do Sullivana numer dwa.

Dziś recenzja II tomu przygód Royce i Hadriana czyli Wieża Elfów Michaela J. Sullivana. I muszę od razu się przyznać, jest o niebo lepiej. Każdy element został w jakiś sposób poprawiony. Na tyle się rozochociłem że absolutnie nie waham się przed zakupem pozostałych tomów serii, która liczy sobie bagatela 6 tomów. Może nawet to wszystko zostać na tym poziomie, którym jest teraz, bo jest naprawdę dobrze. Znajduje zdecydowanie mniej powodów do jakiegoś czepiania się, ale do rzeczy.

Przede wszystkim bohaterowie. Już nie jest tak dramatycznie sztampowo u dwóch protagonistów i dialogi między nimi też potrafią zabłyszczeć, co może się tylko podobać. I co jeszcze ważniejsze zacząłem się przejmować ich losami zwłaszcza wojownika, który potrafił wzbudzić moją sympatię. Jest to ogromny krok naprzód w stosunku do "Królewskiej Krwi". Zostają oczywiście wprowadzone postacie poboczne, i one też z reguły nie zawodzą. Dalej jest trochę banałów, ale to można jeszcze wybaczyć. Zwłaszcza podobała mi się postać pewnego czarodzieja, gdyż on jest najbardziej z nich wszystkich zagadkowy. Nie dochodzą nam żadne nowe rasy co prawda, ale poznajemy bardziej te istniejące, i podejrzewam że ten trend się utrzyma przez całą serię.

Drugim aspektem w którym Sullivan się popisał jest sama fabuła. Wydaje się być ona o wiele bardziej skomplikowana, i przez to ciekawsza niż w pierwszym tomie. I komplikacje, które się pojawiają zdają się być wiarygodniejsze. I co mnie zaskoczyło, potrafi solidnie wciągnąć, są momenty gdzie  nie sposób się oderwać. Przyjemność sprawiało mi śledzenie biegu wydarzeń. Co prawda nie miałem efektu „przerzucania opisów”, ale i tak widzę postęp.

Stylowo nic a nic się nie zmieniło, ale też nie było powodu, gdyż Amerykanin umie pisać i to bardzo dobrze, i na pewno na polu językowym nie ma braków. Jest to dalej zgrabne, lekko kwieciste, estetyczne, i takie w pewien sposób eleganckie. Prowadzenie akcji  tą drogą trafia do mnie w pełni i tutaj autor procentuje.

Ale to nie wszystko. Nawet lokacje zyskały na charakterze. Tytułowa wieża daje pole do popisu dla wyobraźni i potrafi zaintrygować. Podobnie z istotą która się pojawia w trakcie akcji utworu. Byłem cały czas ciekaw jak wygląda, funkcjonuje itd. Nie sposób mi skrytykować teraz tego aspektu powieści. Można się czepiać że właściwie to tylko ta jedna lokacja się poprawiła, a reszta została taka jaka jest, ale ten obiekt akurat wynagradza wszystko, a na pewno przebija wszystkie miejscówki razem wzięte z pierwszego tomu.

Dalej nie mamy magii czy czegoś rzeczywiście spektakularnego, ale to jakoś nie przeszkadza w utrzymaniu akcji na wysokim, pełnym emocji poziomie. Sullivan znalazł rozwiązanie jak pisać bez szczególnego rozmachu, o zdarzeniach bardziej „skromnych” w porównaniu z konkurencją a mimo wszystko utrzymać uwagę czytelnika. Znów muszę pochwalić autora, gdyż zasłużył ponownie na pochwałę.

Podsumowując nie ma punktu, który wypadłby słabiej w porównaniu do części pierwszej. Pisarz zrobił spory krok do przodu i to mi wyszło na dobre. Ciężko mi uwierzyć że utrzyma takie skoki jakościowe przez sześć tomów serii, ale ten standard, który obecnie jest wystarcza aby nie uznać wydane pieniądze za stracone. Dalej nie przeskoczy pułapu wyznaczonego przez moją ścisłą piątkę autorów, ale na parę wieczorów, bez zbytniego ciśnienia zdecydowanie z zupełnością wystarczy.

środa, 23 marca 2016

Łotry, elfy, krasnoludy, królowie, jest jeszcze szansa na coś nowego w tym wszystkim ?

Dziś wracamy do samej klasyki motywów  jak widzicie w tytule, i wędrujemy po świecie gdzie spotkamy właśnie elfów, krasnoludów czy nas ludzi. Nie ukrywam że sięgnąłem po książkę „Królewska Krew” Micheala J.Sullivana, bo zasugerowano mi że jest o dwóch łotrzykach, i ogólnie kręci się wokół takiej tematyki. Rozochocony po Lynchu oczekiwałem czegoś, co przynajmniej próbowałoby zbliżyć się poziomem do tego autora. I mówiąc bardzo krótko i konkretnie, średnio to wyszło. Dodatkowo Sullivan narzucił sobie ograniczenia związane z rasami, gdzie ciężko o coś nowego I teraz pytanie czy z tego da się jeszcze coś wycisnąć, czy jednak mamy do czynienia z powieścią maksymalnie wtórną, gdzie znajdziemy w jej treści tylko nudę i będziemy zmuszeni porzucić wszelką nadzieję ? Otóż rozwieję wszelkie wątpliwości poprzez napisanie tej recenzji.

Początek jest przyznam trochę ślamazarny. Nie to że mam odruch odrzucenia zupełnego i rezygnacji, ale jest z nim dość cienko. Nie porywa w żadnym wypadku, i męczy często i gęsto. Niby coś tam się dzieje, ale nie przykuło to na dłużej mej uwagi. Brakuje w tym wszystkim solidnego uderzenia jak u Hitchcocka. A jeśli chcemy powoli rozbudowywać napięcie to jednak dzieje się to wszystko na mój gust trochę za wolno. Ale jeśli założymy że ten początek was nie zraził skutecznie do dalszej lektury to środek powieści i zakończenie potrafią już zatrzymać przy sobie i kartki lecą bez problemu. Nie rozpędzałbym się ze stwierdzeniem że jest epicko jak u Sandersona czy Lyncha ale też nie ma takiego potencjału. Pewnego pomysłu który mógłby pokazać rozmach. To wszystko jest za ciasne, za hermetyczne w swych założeniach.

Zacznijmy od tego że nie uświadczymy praktycznie żadnej magii. Jest ona znikoma bardzo i skąpa i niezbyt efektowna. Po drugie użyte rasy, które wszyscy znamy i które zawsze będziemy postrzegać przez pryzmat stereotypów o nich. Jak elf to taki czy siaki, jak krasnolud podobnie. Pewną nowością na swój sposób jest jednak to że jedni są na modłę Sapkowskiego(z pewnymi zmianami), a drudzy z kolei bardziej przypominają to co znamy z Dragons & Dungeons. Pokrótce długousi są prześladowani i niemile widziani, a krasie to znakomici rzemieślnicy. O nas, w sensie ludziach nie musze mówić bo autor nas oddał w dość wiarygodny sposób, aczkolwiek może za szlachetny.

To co jest niewątpliwa cechą  charakterystyczną to styl Sullivana. Jest on niezaprzeczalnie nazwijmy to czysty, grzeczny, ułożony. Nie przypominam sobie wulgaryzmów ani podobnych rzeczy. Nie ma też błędów, niedomówień ani innych tego typu rzeczy. Wszystko jest przekazane bardzo starannie. Z jednej strony to dobrze, bo przyjemnie się czyta rzecz tak zadbaną pod tym względem,  a z drugiej strony to tu nikt nie robi błędów, jak mówi ? Nie przeklnie na kogoś albo nawet sam do siebie ? Wszyscy tacy „ulizani językowo” ? Trochę to odbiera pewnej wiarygodności.

Jeśli chodzi o bohaterów to autor trzyma się ludzi przede wszystkim i oni stanowią praktycznie jedyną grupę postaci wokół których dzieje się akcja. I niestety ale nie łamie on typowych stereotypów i jego wizerunki zalatują trochę nudą. Mamy sztampowego nieufnego, ostrożnego, ale w gruncie rzeczy  o dobrym sercu łotrzyka, i zupełnie łagodnego, otwartego, serdecznego, szlachetnego kompana wojownika. Może daleko mu z tym wszystkim do Aragorna, bardziej przypomina takiego dobrego wujka, ale schemat pozostaje. Pojawia się też mnich i król, którzy także jakoś specjalnie się nie wybijają. Także Pan Sullivan nie dostanie punktów za postacie.

Może świat przedstawiony coś tutaj uratuje ? No cóż cytując pewne popularne powiedzenie Nadzieja matką głupich i znów tutaj nie wyjdziemy poza ramy kompletnej przeciętności. Są miasta, wsie, tawerny ( i nie łudźcie się że znajdziecie coś jak Pod Rozbrykanym Kucykiem, albo Pod Gorejącym Człekiem, tudzież Pod Pomocną Dłonią). Jestem świeżo po lekturze, a już ciężko by mi było wymienić nazwę jakiegoś miejsca. Przykro mi, ale niestety tak to wygląda.

Jak tak dotrzecie do tego punktu w recenzji to może wam przyjść pytanie do głowy dlaczego właściwie to przeczytałem kiedy z każdego akapitu mówię że nie ma się tu czym zachwycać. Otóż może sprawia to styl, albo fabuła jak już się rozkręci, albo nawet ten może niezbyt ambitny, ale skuteczny w bawieniu humor, który od czasu do czasu się pojawia, albo ogólnie taki dość lekki, pomimo sugerowanej powagi wydarzeń klimat, mogło to być to wszystko na raz, ale jakoś nie musiałem się specjalnie zmuszać aby przebrnąć przez „Królewską Krew”. Ba nawet się w to wszystko wciągnąłem. Nie jest to poziom Lyncha, brakuje mu do Sandersona czy Kaya,  ale jak skończą się wam opiewani przeze mnie w superlatywach autorzy, to myślę Sullivana możecie czytać bez problemów. Ja tak czy siak zdecydowałem że następnym tytułem jaki tu zagości będzie Wieża Elfów. Drugi tom z cyklu o łotrzyku i jego towarzyszu.




wtorek, 1 marca 2016

Mroczna, dojrzała, abstrakcyjna Czarodziejka z Księżyca.

Dziś kolejna recenzja anime, które miałem przyjemność oglądać a mianowicie Mahou Shoujo Madoka Magika. I muszę otwarcie przyznać że jest to pod paroma względami najdziwniejsza rzecz jaką w życiu widziałem, co stanowi o jej oryginalności, ale też nie jest to japońska animacja dla każdego.

Zacznijmy od tego że głównymi bohaterami są małe dziewczynki chodzące jak normalne do szkoły, dyskutujące zawzięcie (mówiąc eufemistycznie) na korytarzach, przerwach i tak dalej. Pewnego dnia gdy ratują pewne stworzenie ich życie się zmienia nie do poznania. Wtedy się zaczyna prawdziwa historia, którą poznacie sami. Na początku jest ciężko połapać się o co w tym chodzi i są momenty gdzie człowiek ma trochę dość, ale potem wręcz chłonie się to wszystko mniej więcej tak jak sucha gąbka wodę. Seria jest dość krótka i na pewno nie będziecie narzekać na dłużyzny. Akcja posuwa się do przodu w różnym tempie, są momenty wyciszenia i gwałtownych wybuchów wydarzeń.

Momenty sielankowe zawierają jeden z najsilniejszych punktów tego anime czyli dialogi. Zwłaszcza w późniejszych epizodach stoją one na naprawdę wysokim poziomie i z ogromną chęcią czytałem je po kilka razy analizując. Naprawdę warto się na nich skupić i posłuchać co te dziewczynki mają do powiedzenia.

Bohaterki przysparzają problemów w ocenie, bo są jednocześnie bardzo dojrzałe w niektórych kwestiach, a w innych tak dziecinne i naiwne że ciężko uwierzyć że to te same osoby.  Niestety ta produkcja należy do gatunku mahou shoujo, co narzuca pewne ramy. Twórcy co trzeba im oddać dosyć luźno je traktują, ale dalej zachowali niestety najbardziej irytujące cechy charakterystyczne. Należy do nich konieczna ilustracja stereotypowych problemów nastolatek czyli romanse, makijaż i inne tego typu sprawy. Niestety razi też naiwność w niektórych przypadkach oraz brak jakiejś logiki czy umiejętności wyciągania wniosków, ale może zapomniałem jak to jest mieć te naście lat. 

Zwłaszcza jedna z postaci wybija się ponad przeciętność, nie schodzi poniżej pewnego poziomu i pozostaje na nim całą serię. Druga  z nich stanowi jakby przeciwieństwo bo na mój gust ma o wiele większy potencjał, który ujawnia dopiero w dwóch ostatnich odcinkach. Tak to nie robi praktycznie nic innego tylko denerwuje nas odbiorców postawą takiej bezsilnej zupełnie beksy. Pozostała "plejada gwiazd" jest na przyzwoitym poziomie, ale jest trochę schematyczna wpisując się gładko w pewne archetypy, aczkolwiek jest kilka momentów kiedy z niego wychodzą, więc nie są to przypadki beznadziejne. Trzeba też powiedzieć że te dziewczynki nie są osobami banalnymi. Mają jak na swój wiek skomplikowane osobowości i różnego rodzaju problemy, które wcale nie są płytkie do końca.

Od strony technicznej niestety ale animacja w MSMM wyraźnie momentami kuleje. I same wizerunki postaci wydają się jakby lekko niedopracowane w stosunku do tego co widziałem przykładowo w Fate/Zero. Możemy zauważyć momenty że bohaterka jakby krzywo w sposób mało anatomiczny stawia nogi, albo wykonuje dziwne ruchy głową czy ręką. Za to tym co przedstawia wybitny wręcz poziom jest muzyka. Ta jest dopieszczona do granic możliwości i tworzy niepowtarzalny nastrój. Prawdziwy artyzm w najlepszym wydaniu. Jest też pewna kwestia która znów stanowi  znów taki ambiwalentny argument tego anime. Mianowicie estetyka, która jest bardzo specyficzna, zwłaszcza w momentach walk. Oczywiście mamy do czynienia z sytuacjami gdzie mała dziewczynka ciska bronią trzy - metrową, która waży cztery razy więcej ona, ale w końcu są one magiczne. To co może się podobać albo razić to "wystrój" walk. Otóż toczą się one w scenerii, którą można określić jako taką psychodeliczną, pełną abstrakcyjnych obrazów, przy których Salvador Dali to amator. I takie postawienie sprawy przez autorów może im przysporzyć nowych odbiorców albo ich stracić zależy od gustu. Dla mnie było to interesujące, ale nie powiem żebym takich momentów wyczekiwał.

Dlaczego mielibyście ostatecznie poświęcić swój cenny czas na PMMM czy też MSMM ? Duża dawka czegoś nietypowego. W wielu momentach byłem zaskakiwany  kompletnie oryginalnym pomysłem, designem. Druga rzecz na pewno była to historia o wiele bardziej poważna, dramatyczna niż można się tego spodziewać po wyglądzie bohaterek i gatunku jako takim. Trzy wrażenia słuchowe są absolutnie genialne i stanowią niezaprzeczalny atut. Nie powiem żeby ta animacja strąciła z piedestału Fate/Zero ale na pewno nie żałuję że ją obejrzałem.

poniedziałek, 8 lutego 2016

Gral na horyzoncie, siedem wielkich rodów japońskich na froncie.

Niedawno wbrew sobie w pewnym sensie(Ci co mnie osobiście znają wiedzą jakie mam podejście do tematyki "bajek ze wschodu") postanowiłem dać się przekonać do anime zwanego Fate/Zero. Już teraz mogę powiedzieć z pełną świadomością że wszelkiego rodzaju powszechnie znane serie typu Dragon Ball, Naruto, Bleache, i inne szmery bajery mogą się schować.

Zacznijmy od tego co stanowi o niesamowitej sile przebicia tej produkcji czyli nie o jej historii opartej na niezbyt skomplikowanym schemacie wszechpotężnego artefaktu magicznego, ale za to o przebogatych perturbacjach po drodze do niego. Naprawdę historia jest strasznie wciągająca, dojrzała jak wino wieloletnie, soczysta jak pomarańcza, epicka jak Apokalipsa według świętego Jana. Więcej takich historii w innych mediach proszę ja was.

Jaki jest koncept ? Gdzieś w rejonie Fujima w Japonii pojawia się Święty Gral zdolny spełnić jedno życzenie dla tego kto wygra o niego wojnę przy użyciu przywoływanych "heroicznych duchów". Mają go szansę zdobyć Ci, którzy zostali przez niego wybrani, i mają relikt do odprawienia rytuału przywołania. Te spirytualne istoty to awatary postaci historycznych, tudzież mitologicznych reprezentujących siedem "klas postaci". Są to: Jeździec, Szermierz, Łucznik, Berserker, Włócznik, Mag, oraz Asasyn.  Wybrańcy Grala mają do swej dyspozycji trzy czary kontroli, które są ostatecznym narzędziem narzucenia swej woli danemu duchowi.

Niewątpliwym atutem tej serii jest interpretacja twórców dotycząca wybranych przez nich postaci. Jak zobaczyłem w akcji, i rozpoznałem niektóre z nich to potem aż się cieszyłem jak się pojawiały na ekranie, i mogłem zobaczyć ich reakcje i dialogi. Trzeba przyznać że czuć charakter,osobowość ich wszystkich i łatwo jest uwierzyć że tak dana osoba  mogłaby się zachowywać, w danej sytuacji. Dużą część frajdy jest też w tym żeby odkryć źródło inspiracji, a w niektórych przypadkach jest to naprawdę trudne. Mi się udało określić pięć z siedmiu postaci co uważam za rewelacyjny wynik.

Oprócz tego oczywiście nie może się obyć bez efektowności a tej jak to u Japończyków na pewno na nie zabraknie. Momentami oczywiście jest jej za wiele i zwykłe muśnięcie się ostrzy potrafi wywołać większe trzęsienie niż te towarzyszące uskokowi w San Andreas, ale są to na szczęście sytuacje naprawdę sporadyczne. Ogólnie macie popis różnych iluminacji,wybuchów, magii i innych takich, i na pewno nie można zarzucić nudy.

To co jeszcze trzeba powiedzieć o Fate/Zero to duża doza starć na tle moralnym, filozoficznym, koncepcji władzy, ideologicznym. Scena dyskusji trzech królów to absolutne mistrzostwo, czy inne w późniejszych momentach serii, o których nie mogę powiedzieć aby nie zdradzić fabuły. Często do nich wracam, aby odświeżyć sobie te różne podejścia do tak wielu spraw, jakie porusza ta seria. Spokojnie nad niektórymi dialogami można by pisać wielostronicowe eseje i to bez ostatecznego rozstrzygnięcia danego dylematu.

Przejdźmy do bohaterów. Powiedziałem wam co nieco o duchach także powiem tym razem o tych którzy teoretycznie przynajmniej mają nad nimi władzę. Jest to niesamowita plejada osobowości, która ma równie różnorodne motywy do sięgnięcia, (albo i nie sięgania w jednym przypadku) po Grala.  Obserwowanie poczynań magów jest równie fascynujące a w niektórych momentach nawet i lepsze niż starć słownych i fizycznych awatarów.  Co prawda niektórzy wywołują skrajne emocje w tym obrzydzenie w moim przypadku, ale o te odczucia przede wszystkim chodzi. Zwłaszcza dwie postacie wybijają się na pierwszy plan Kotomine Kirei i Emiya Kiritsugu. Temu drugiemu kibicowałem od samego początku, a potem nie wiedziałem już co myśleć po tym jak to się zakończyło.

Dalej dźwięk stoi na naprawdę wysokim poziomie. Efekty pasują do tego co się dzieje na ekranie, dialogi są świetnie zdubbingowane, a muzyka emocjonalna we właściwy sposób. Tutaj nie mogę się przyczepić właściwie do niczego.

Kreskę jest mi ciężko oceniać, bo nie mam za wielkiej skali porównawczej, w związku z tym ciężko jest mi się wypowiadać, ale nie widziałem błędów, zgrzytów, wszystko jest estetyczne, wyraźne i czytelne wiec czego chcieć więcej.

A teraz to co mnie irytuje, ale jeśli będę chciał doświadczać więcej anime to będę musiał się przyzwyczaić. Przede wszystkim macki, jest kilka scen zaledwie z ich udziałem, ale jak się pojawiają to jest ich prawdziwe zatrzęsienie. Czy naprawdę mag nie może mieć innej mocy jak przyzywanie tego cholerstwa ? Naprawdę to jest trochę monotematyczne. Przydałoby się coś innego w repertuarze, element zaskoczenia, cokolwiek. Nie - wciskamy to badziewie wszędzie gdzie się da. A i jeszcze robaki, które są tak ohydne, i w takiej ilości że trzeba to zagryźć po obejrzeniu odcinka tortem weselnym aby zabić tą żółć, która się pojawiła w gardle na skutek oglądania tych scen. Ale trzeba zaznaczyć - ten ostatni wspomniany motyw jest przekonywujący i oryginalny.

Druga rzecz o mniejszym znaczeniu to przesadna teatralność niektórych scen. Hiperbolizując sytuację w celu wyjaśnienia o co mi chodzi śpieszę z przykładem. Załóżmy że postać robi kanapkę na śniadanie. W normalnej zachodniej koncepcji nie robi się z tego dylematu, czy jakiejś szczególnej sceny a u Japończyków potrafi to być sprawa życia i śmierci. Z niezwykłym pietyzmem nasz bohater będzie rozsmarowywał masło na kromce, jednocześnie snując filozoficzne myśli godne epikurejczyków w starożytnej Grecji.  Nie to żeby taka sytuacja nie była możliwa, tylko że tutaj jest ich nadmiar i to drażni.

Ostatnim elementem jest pojawienie się słodkiej dziewczynki. Na szczęście jest ona ostrożnie dawkowana, i nie powoduje epilepsji swoją nazwijmy to kolokwialnie postawą życiową, która w przypadku takich młodzików wręcz się z nich wylewa.  I tylko jej wygląd sugeruje że mogłaby należeć do moe(sprawdźcie co to oznacza).

Aby zakończyć ten jakże długi wywód, powiem że jeśli jesteście w stanie przełknąć to jakże gorzką pigułkę że tak jest to anime, tak estetyka japońska i tak są te ..... macki to doświadczycie czegoś niesamowitego, co będzie w waszej pamięci na długo. Amen.






wtorek, 2 lutego 2016

Nasłynniejszy portret literacki świata

Dziś recenzja jednej z klasyki światowej literatury. Będziemy oglądać i śledzić losy oblicza Greya, które jest tu motywem przewodnim. Nie chodzi mi tu bynajmniej o tego Pana z tego khm khm górnolotnie nazwijmy to erotyku pisanego, a o Doriana w którym zostaje na skutek pewnego dialogu rozpalona pasja i miłość do samego siebie do pewnego dość skrajnego poziomu. Z tej książki dowiemy się wiele o samouwielbieniu, pasjach, namiętnościach przyjemnościach a także naturze człowieka. Jest to kopalnia cytatów o wielu zastosowaniach, odnoszących się do wielu aspektów naszego życia. Bez problemu można je odnieść do współczesnych czasów.

Dorian Grey to człowiek około trzydziestki, który pozuje dla pewnego malarza zachwyconego jego urodą. W trakcie tej artystycznej czynności dołącza do nich mój faworyt, jeśli chodzi o ulubionego bohatera, czyli lord Henry, który wywiera monstrualny wpływ na naszego młodziana. Otwiera przed nim świat, którego nie znał, świat w którym najcenniejsza jest młodość, siła ciała i umysłu z tym związana, i korzystanie z chwili. Opisuje starość jaką swoistą klątwę za wcześniejsze czasy, właściwie taką długotrwałą agonię i przestrzega Doriana aby ten nigdy się nie starzał.

Siłą niebywałą tej książki stanowią dialogi i monologi, akcja jest jakby obok. Ja czytałem te wszystkie wypowiedzi i byłem zafascynowany pewną filozofią  w nich zawartych. Henry co chwila rzucał mądrościami, nad którymi można się rozwodzić całymi dniami i napisać tutaj niejedną notkę. Przykładem może nie aż tak ambitnym jest "Prawdziwe piękno zaczyna się tam, gdzie kończy inteligentny widok". U mnie wywołało to serdeczny uśmiech na twarzy i zastanowienie się dłuższe czy rzeczywiście tak jest. A jeszcze lepszych perełek jest tam naprawdę masa. Co jakby zastanawiające większość z nich jest niebywale prawdziwa i ciężko się z Panem Oscarem Wildem nie zgodzić.

Stylowo książka stoi po mistrzowsku. Autor lubi zatrzymać akcję i opisać środowisko w jakim się ona dzieje, napisać zdania czy dwa o ćwierkających ptaszkach, świecącym słonku. Rysuje przed nami piękne krajobrazy za oknem, żeby potem z siłą huraganu studiować ludzką naturę. Jest w tym pewna magia, i odpowiednie stosowanie tempa. Momentalnie jesteśmy wciągnięci w atmosferę Londynu i wręcz nią przesiąkamy. Bez trudu wyobrażamy sobie wszystko to co opisuje nam pan Oscar.

Fabularnie jakoś wybitna nie jest, aczkolwiek na pewno nie banalna. Są momenty które kompletnie zaskakują, skutki, których nie da się przewidzieć i to jak najbardziej cieszy. Ale też akcja jest w tym wszystkim jakby obok. Zdaję się być elementem po prostu koniecznym aby pozycja uzyskała miano powieści a nie eseju filozoficznego. Z całą tą otoczką portretu zyskuje to po prostu dodatkowego, niezaprzeczalnego smaczku.

Podsumowując Portret Doriana Greya jest lekturą wręcz fascynującą. Śledziłem z "wypiekami na twarzy" wszystkie wypowiedzi bohaterów, ich przemiany, a zwłaszcza protagonisty oraz nawet teoretycznie najmniej istotny element czyli otoczenie. Dawno nie czytałem czegoś równie dobrego, tak napisanego. Na pewno nie zostawi was obojętnym ta pozycja i będziecie ją często rozpamiętywać. Nie macie nawet się co wahać, tylko od razu próbować ją zdobyć. Jeden niezapomniany wieczór zapewni wam na pewno.