wtorek, 4 lutego 2020

Łapiemy czarownice w trakcie wyprawy do Ziemi Świętej.


Krucjaty, średniowiecze, fantasy brzmią jak dobry zestaw haseł na tło do opowiedzenia jakiejś historii. Rzeczywiście, wielu twórców wykorzystuje je do swoich dzieł, czy to pisanych, czy oglądanych, czy innego rodzaju. Mamy chociażby Marcina Mortkę i jego trylogię „Miecz I Kwiaty”, która udanie łączy te motywy. Nieco mniej udanie robi to film „Polowanie na czarownice”. Zapowiadał się znakomicie i przez dłuższy czas nic nie zdradzało nadchodzącej katastrofy, jaka następuje w epilogu historii, ale nie uprzedzajmy faktów.       
We wprowadzeniu, które jest ekspozycją protagonistów, widzimy dwóch rycerzy, którzy walczą w kolejnych bitwach wyprawy do Ziemi Świętej (robią to w hełmach dość fantazyjnej konstrukcji) i odnoszą kolejne sukcesy, prąc niepowstrzymanie do przodu. Wszystko się zmienia, gdy jeden z nich, grany przez Nicolasa Cage, przebija młodą kobietę mieczem. On i jego najlepszy przyjaciel (Ron Pelrman) decydują się na dezercję. Niestety, szybko zostają schwytani. Mogą jednak odzyskać honor i łaski Kościoła, jeśli zgodzą się na transport kobiety podejrzewanej o czary do tajemniczego klasztoru, gdzie zostanie sprawiedliwie osądzona przez rezydujących tam mnichów.
            Zacznę od tego, że od strony technicznej ogląda się film naprawdę przyjemnie. Jest bardzo efektowny, poprzez stosowanie bardzo prostych środków, jak krótkie, dynamiczne ujęcia podczas walk, pokazujące starcia z bardzo bliska (widać wtedy pięknie wszystkie cięcia, pchnięcia, emocje, rany itd.), ale także rzuty na całe pole walki. Zawsze wiemy, co się dzieje na ekranie, pomimo chaosu, jaki wpisany jest w walkę. Naprawdę, można pochwalić pracę kamery i ogólny montaż. Pod tym względem jest to świetnie zrealizowana produkcja.
Muzycznie też jest bardzo przyzwoicie. Przykładowo, napięcie w lesie jest zbudowane nie tylko przez ciemność i aurę tajemniczości, ale także dobrze skomponowany do tego utwór. Podobnie ma się rzecz w końcowych partiach filmu, rozgrywanych w klasztorze. Nie ma tutaj czegoś wybitnego jako tło i na pewno nie zasługuje ono na żadne nagrody, ale nie można na niego w żaden sposób narzekać.
            Mamy do tego jeszcze dość przewidywalną historię, ale bardzo solidną, bez jakichś większych zgrzytów przez większość czasu ekranowego. O dziwo, pomimo swej znanej od wieków formuły (podróżujemy, coś nas atakuje, ktoś ginie, ale idziemy dalej, bo inaczej wszystko pójdzie na marne), potrafi nas momentami zaskoczyć, co oczywiście jest plusem.
            Braki fabularne zostają zatuszowane po części przez naprawdę przyzwoite kreacje aktorskie. Wybija się przede wszystkim Ron Pelrman jako Felson. Nie jest to zbyt skomplikowana rola, trzeba przyznać, także aktor się nie napocił, ale mimo wszystko należy mu się uznanie. Potrafi i rozbawić, i zagrać dramatycznie. Cage z kolei dostał Złotą Malinę za to, co zrobił w tym filmie, ale moim zdaniem na wyrost. Nie zagrał jakoś przekonywująco i na pochwały nie zasłużył, ale na pewno nie jest to najgorsza gra aktorska roku. Na naszą uwagę zasługuje także mnich (Stephen Campbell Moore), towarzyszący wyprawie. Jego scena, jak dociera do niego czym naprawdę jest to, co wiozą w wozie, to pokaz niezłego aktorstwa.
            Teraz przejdę do tego nieszczęsnego epilogu. Niestety, ale bardzo rozczarowuje. W pewnym momencie cała ta wyprawa traci klimat. Napięcie tak dobrze kreowane przez całą resztę filmu, przez rozwiązanie fabularne zastosowane w tej części produkcji pęka jak bańka mydlana. Zacząłem chwytać się za głowę i wątpić w trzeźwość scenarzysty, jak widziałem co się dzieje na ekranie. A było tak dobrze do tej pory. Nie oczekiwałem nie wiadomo czego, ale poczucia zawodu nie dało się uniknąć. Jest po prostu źle. Można tam znaleźć tylko jedną dobrą scenę i jedno małe zaskoczenie. To trochę za mało, jak na ostatnie dwadzieścia minut.
            Ciężko mi komuś polecić „Polowanie na czarownice”, ale też nie ma co tej produkcji specjalnie gnębić. Jest tu sporo dobrych rzeczy, które należy pochwalić. Znajdziemy też bez problemu równie wiele wad. Ostatecznie mamy przeciętniaka, którego można obejrzeć w jakiś wieczór, ale też wiele nie stracimy, jak go sobie odpuścimy.

czwartek, 12 grudnia 2019

Prohibicja w USA,mafia, lata 30 i różne takie w komputerowym wydaniu.


Lata 30 ubiegłego wieku i do tego fikcyjna aglomeracja miejska ze sporą populacją. Tutaj swe życie wiedzie Thomas Angelo. Widzimy go jak wchodzi do miejskiej knajpy i siada naprzeciwko policyjnego detektywa, aby opowiedzieć swą historię. Tak zaczyna się jedna z najbardziej znanych gier komputerowych w historii, wydana w końcówce sierpnia 2002 roku.
Ta gra to Mafia: City of Lost Heaven. Jak można wywnioskować po tytule, produkcja przedstawia życie w mafii widziane z perspektywy protagonisty. Wszystkie zadania w grze to retrospekcja wydarzeń opowiadanych przez Thomasa. Kampania fabularna to zdecydowanie najważniejsza atrakcja produktu. Od razu trzeba zaznaczyć, że jest to rzecz dopieszczona do granic możliwości. Cały rozwój historii jest wiarygodny i logiczny, i doprawdy ciężko się w nim dopatrzeć dziur. Zadania zlecone przez Dona Salieri (wyraźnie inspirowany Donem Corleone Marlona Brando) są zróżnicowane, dynamiczne i zapadają w pamięć. Nasze zadania to morderstwa, kradzieże, włamania, wymuszenia, i innego typu działania, związane z życiem gangstera. Im dalej w las, tym mamy do dyspozycji silniejsze narzędzia perswazji (dubeltówki, snajperka i tak dalej), ale też rośnie poziom skomplikowania tego, co musimy zrobić.
Ze względu na jakość całości, chce się oglądać te wszystkie cutscenki wypełnione pełnokrwistymi postaciami z wyraźnym charakterem. Każda z nich jest interesująca i warta naszej uwagi. Prym wiodą jednak postacie ściśle związane z głównym bohaterem, jak Paulie (oczywiste nawiązanie do kreacji Joe Pesci z "Chłopców z Ferajny") czy Frank- prawa ręka naszego szefa. Są one wzięte niekiedy "żywcem" z najlepszych filmów o tej tematyce, ale jak powiedział Pablo Picasso: „Dobrzy artyści kopiują, najlepsi kradną” i nie odbieram tego jako wady. Jakość dubbingu też (głos Franka czy Dona to mistrzostwo świata) stoi na wysokim poziomie.
Wszystkie nasze przygody realizujemy na terenie miasta, które zostało podzielone na trzy główne dzielnice połączone mostami. W ramach tych dzielnic mamy też podział na główne narodowości zamieszkujące dany teren, co widać po stylu zabudowań czy dekoracjach. Jest dzielnica chińska, włoska itd. Czasami mamy okazję wyjazdu na pobliskie tereny podmiejskie, jak chociażby w przypadku słynnego wyścigu, który spędził sen z powiek niejednemu (na szczęście w późniejszych wersjach gry można było zmniejszyć poziom jego trudności). Naprawdę jest co zwiedzać i oglądać, gdyż teren jest spory. Samo miasto to też świetnie pokazany klimat tamtego okresu. Dużo małych sklepów wzdłuż ulic, mieszkańcy ubrani zgodnie z panującą wtedy modą i tak dalej. Naprawdę mamy wrażenie takiej wirtualnej wycieczki historycznej. Oczywiście gra wyraźnie odbiega od dzisiejszych standardów graficznych (przykładowo: tylko niewielka ilość budynków ma wnętrza). Ale nie przeszkadza to w immersji, stanowi tylko taką rysę na idealnym obrazie. Wszystko to obserwujemy z perspektywy osoby trzeciej, czy to siadając za kółkiem, czy poruszając się pieszo.
Po samym mieście poruszamy się najczęściej automobilem. Do naszej dyspozycji oddano sporą ilość modeli, które są wiernym odwzorowaniem tego, co się pojawiało w rozwijającym się wtedy przemyśle samochodowym.  Nie mamy tu zawrotnych prędkości czy aerodynamicznych kształtów pojazdu. Do tego wszystkiego wygląd tych wehikułów jest dopracowany, a przez to ładny.
Kolejnym atutem jest bardzo klimatyczna muzyka, wpasowująca się w atmosferę całości. Mamy tu instrumenty znane z jazzu, który wtedy triumfowały. Usłyszymy dużo pianina, saksofonu, klarnetu, skrzypiec, w zależności od potrzeb. Słucha się tego z ogromną przyjemnością. Odgłosy broni czy dźwięki aut też są dobrze zrealizowane. Polecam,  zwłaszcza głos klaksonu.
Cała ta autentyczność świata jest też potęgowana przez jego realizm. Jeśli przejedziemy na czerwonym świetle, a w pobliżu będzie policja, trzeba będzie zapłacić mandat. Jeśli zaczniemy uciekać albo, co gorsza, strzelać do funkcjonariuszy jest szansa na rozpętanie piekła, z którym o wiele trudniej jest sobie poradzić niż w grach z serii GTA. Złapanie oznacza też koniec gry. Ucieczka przed stróżami prawa, zwłaszcza w kampanii, to nie lada wyzwanie.
Kończąc aspekty techniczne, sterowanie jest wygodne i intuicyjne. Żadna czynność nie przynosi problemu. Czynności wykonywane przez postać zajmują odpowiednio dużo czasu. Na przykład, aby uciec z miejsca zdarzenia samochodem, Tommy musi wpierw pogmerać przy zamku, otworzyć drzwi i jeszcze odpalić silnik. Podobnie z przeładowaniem broni, które wymaga naładowania nabojami bębenka albo włożenia magazynku. To wszystko trwa i przez to może się wydawać, że jest toporne i nieresponsywne, ale ja odbieram to jako kolejny krok ku realizmowi.
Dotychczas właściwie tylko chwalę produkt Bohemii Software, a co z jego wadami? Czymś, co uznałbym za wadę jest kontrowersyjnie rzadki system zapisu gry. Zapisuje się ona automatycznie co kolejne etapy danej misji, najczęściej zaraz po przerywniku filmowym, w trakcie czy między zadaniami. Niekiedy te etapy są naprawdę długie i wymagają jednej strzelaniny po drugiej czy dłuższego przemieszczania się z miejsca na miejsce. Nie mamy opcji swobodnego zapisu, więc jesteśmy zdani całkowicie na zamysł twórców. Niestety, często oznacza to kilkukrotną podróż z miejsca startowego do docelowego, zamiast powtórnej próby już na miejscu.
Mafię widzę jako dzieło praktycznie idealne. Widać ogromny wysiłek autorów, aby jak najwierniej odwzorować realia lat 30 i to na każdym kroku. Mamy odpowiednią muzykę, samochody, modę i tak dalej. Do tego wszystkiego dojrzała, przemyślana fabuła, wciągająca po same uszy. Technicznie też nie ma na co narzekać, a można się co najwyżej czepiać. Nie widzę przeciwwskazań, aby nie sięgnąć po tę produkcję. Ma wszystko to, co dobra gra mieć powinna.
Muszę zaznaczyć, że tytuł jest tylko dla dorosłych. Seks nie jest tu tabu, a przemoc to element na porządku dziennym i jest ona przedstawiona całkiem realistycznie (jak na tamte czasy).


wtorek, 3 września 2019

Zbrodnia idealna w bardzo dobrym wydaniu.

          Dziś opiszę wrażenia z filmu „Słaby Punkt”. Jest to dramat sądowy, dziejący się we współczesnych czasach. Żona głównego bohatera (Anthony Hopkins) zdradza go z policjantem, a oszukany mąż z zimną krwią morduje ją, niespecjalnie ukrywając ten fakt. Do tego wszystkiego podpisuje przyznanie się do winy. Sprawa wydaje się zamknięta, sprawca zostaje ujęty, sprawiedliwość triumfuje. Nic bardziej mylnego. Rolę prokuratora przyjmuje młody, ambitny absolwent szkoły prawniczej, pracujący obecnie na rzecz państwa w biurze prokuratorów (Ryan Gosling), któremu marzy się kariera w prywatnych biurach, gdzie są konkretne pieniądze i status w środowisku. Ta sprawa ma mu otworzyć drzwi. Czy mu to się powiedzie dowiemy się z właściwej fabuły widowiska.

        Nie mogę zacząć inaczej jak od dwóch największych zalet „Słabego Punktu”. Jedną z nich jest kapitalne aktorstwo ze strony obu protagonistów i antagonistów jednocześnie. Anthony grający geniusza zbrodni posługuje się głównie intonacją głosu i oszczędnymi gestami, co wywołuje niesamowite napięcie za każdym razem, jak pojawia się na scenie. Czuć w tym wszystkim inteligencję i plan, który jest znany tylko jemu. Z drugiej strony mamy Ryana, który mocno przeżywa wszystko to, co go dotyczy. Są to gwałtowne gesty, emocjonalny ton wypowiedzi, ,czyli zupełny kontrast do wspomnianej przed chwilą postaci. Te style ekspresji pasują do charakterów obu panów, co znacząco zwiększa ich wiarygodność. Do aktorskiej śmietanki dochodzi jeszcze Rosamund Pike, która odgrywa rolę przełożonej naszego ambitnego urzędnika. Tutaj zimne wyrachowanie, kalkulacja, ale także zainteresowanie nieplatoniczne jest widoczne jak na dłoni. Aktorka również dołącza do grona tych, którzy w pełni pokazują swe umiejętności w tej produkcji.

        Drugą niewątpliwą zaletą tego dramatu jest umiejętne budowanie napięcia i idealne tempo. Wszystkie spokojniejsze momenty przerywane są nagłym zwrotem akcji, które trwają na tyle długo, aby utrzymać widza zainteresowanego. Nie ma tu miejsca na nudę. Pomaga też w tym wszystkim montaż oraz zdjęcia same w sobie. Wszystko jest zgrane ze sobą i technicznie nienaganne. Muzyka też potrafi zbudować lub rozładować scenę, w zależności od potrzeb. Te aspekty filmu to czyste mistrzostwo, istna perfekcja.

       Odbiorców, dla których ważna jest scenografia czy kostiumy, ta produkcja może srodze zawieść. Jedynym wyjątkowym elementem w tym wszystkim są „maszyny kulkowe” zaprojektowane przez geniusza. Na swój sposób prezentują się one naprawdę pięknie. Ich konstrukcja jest niebanalna, co przyciąga wzrok widza. Poza tym, mamy tu standardową salę sądową, zwykły szpital, czy biuro prawnicze. Jeśli chodzi o kostiumy, to są to tylko garnitury czy lekarskie kitle.

        Przechodząc do wad filmu, szczerze przyznaję, że nie mogę za wiele wytknąć. Nie ma właściwie nic, co by mnie w oczywisty sposób raziło. Wszystko jest na swoim miejscu i porządnie zrobione, więc po co narzekać. Gorąco polecam „Słaby Punkt” wszystkim tym, którzy lubią pokazy aktorstwa i solidną porcję dramatu ze zbrodnią i procesem w tle.

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Wesoły świat przemytu


Dziś wezmę się za film „Maria Łaski Pełna” z 2004 roku. Jest to dramat opowiadający o młodej dziewczynie, żyjącej w pogrążonej w biedzie Kolumbii, która stara się jakoś zapewnić byt sobie i rodzinie. Pracuje ona tnąc róże i robiąc z nich paczki. Oczywiście pensja z czegoś takiego nie zachwyca, a potrzeby oraz wydatki są duże. Pewnego dnia trafia się możliwość szybkiego zarobku, której trudno odmówić. Pojawia się okazja, aby zostać mułem narkotykowym.

Zacznę od tego, że ogromną zaletą produkcji jest jej autentyczność. Bardzo łatwo uwierzyć we wszystko, co się dzieje na ekranie, przykładem są motywacje bohaterów. Dużą rolę w produkcji odgrywa dobór lokacji do kręcenia. Obraz biedy i braku perspektyw w Kolumbii w porównaniu do bogactwa Nowego Yorku pokazuje nam z jaką przepaścią mamy do czynienia. Świetne zdjęcia oraz  montaż, które sprawiają, że przesiąkamy atmosferą panującą w tych miejscach. Podczas seansu odnosiłem wrażenie, że oglądam dokument, a nie dramat.

Warto też podkreślić zasługi aktorów. Z racji młodego wieku aktorki (Catalina Sandino Moreno) grającej główną bohaterkę nie możemy mówić o jakimś szczególnym doświadczeniu, ale trzeba przyznać, że zaimponowała mi swoją rolą. Kapitalnie odgrywa emocje, targające Marią, zwłaszcza przy podejmowaniu ciężkich decyzji, czy też przy próbach walki o swoje. Nie można zapomnieć o Guilied Lopez grającej swoistą mentorkę w tym całym narkotykowym świecie, uczącą „zawodu”. Jest jeszcze kilka postaci wartych uwagi, jak Carla, siostra nauczycielki, czy też przyjaciółka głównej bohaterki- Bianca i parę innych. Nie znajdziemy tutaj gwiazd Hollywood żadnego formatu, ale jak widać nie są one niezbędne, aby cieszyć się dobrym aktorstwem.

Wadą całego filmu, jak dla mnie, jest poczucie, że jest po prostu za krótki. Mam wrażenie, iż jego tematyka jest ledwie liźnięta i jest tam o wiele więcej do odkrycia, i pokazania nam, nieświadomym widzom. Naprawdę chciałbym zobaczyć więcej z tego nielegalnego świata przemytu narkotykowego, co niestety nie jest mi dane. Może to wina braków budżetowych, może taki był zamysł artystyczny, aby tylko liznąć temat i zmusić świat do reakcji, aby ten proceder zminimalizować albo wręcz ukrócić zupełnie. Tak czy siak, ja nie mogę się pozbyć uczucia niedosytu po projekcji.

„Maria Łaski Pełna” to na pewno godny obejrzenia film. Może nie zachwyca wieloma elementami jak tradycyjne produkcje. Nie ma tutaj jakiegoś specjalnego efekciarstwa, ale jest dramat młodego pokolenia, żyjącego w Kolumbii i bijący z każdej sceny autentyzm. Właśnie to do mnie przemówiło, i myślę, że to chce zaoferować nam reżyser.

środa, 28 listopada 2018

Widzę martwych ludzi….

Dzisiaj, po zdecydowanie za długiej przerwie wracam, mam nadzieję, w pełni sił do aktywności blogowej. Oznacza to też ponowienie jednej z moich ulubionych form pisemnych, czyli recenzji, i do mojego ulubionego medium przekazywania treści, czyli książki. Tym razem będzie to pozycja z „Uczty Wyobraźni” wydawnictwa MAG, której tytuł to „Tonąca dziewczyna” napisana przez Caitlin R. Kiernan. Seria ta to selekcja fantastyki różnego rodzaju, która wybija się ponad przeciętność i dostarcza szczególnych wrażeń. Jest to moja pierwsza książka z tego cyklu i muszę przyznać, że całkowicie spełnia moje oczekiwania. Bardzo pozytywne zaskoczenie, ale oczywiście nie pozbawione wad.

Całość dzieła jest napisana w formie dziennika. Dziennika osoby niebanalnej, bo obciążonej chorobą psychiczną jaką jest schizofrenia. Bohaterka- Imp ma wizje, których nie kontroluje w żaden sposób. Dotyczą one przede wszystkim tytułowej „Tonącej Dziewczyny”, którą zobaczyła na pewnym obrazie, a także jej zmarłej matki. Obserwujemy jej życie codzienne, pełne niecodziennych zdarzeń.  Sama pracuje dla pewnej małej, lokalnej gazety, a dorabia jako malarka, sprzedając od czasu do czasu swe obrazy.  Jedynym, co ją odróżnia od tłumu jest jej choroba. Nie mamy tu żadnego wybrańca, żadnej życiowej misji, wielkiego wroga do pokonania. Jeśli musimy na siłę szukać antagonisty, to jest nim schizofrenia.

Autorka opisuje przede wszystkim swoje zmagania z chorobą, to jak próbuje ocenić, co jest prawdziwe, a co nie, z różnym skutkiem. To też właściwie stanowi główną oś fabularną. Napisane jest to na tyle znakomicie, że ma się wrażenie, iż mamy do czynienia z czyjąś autobiografią, a nie całkowitą fikcją literacką. Doprawdy, na temat stylu mogę pisać wiele i będą to same superlatywy. Nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń, co do tego aspektu książki. Jest to na pewno jedna z najlepiej napisanych rzeczy, jakie w życiu czytałem.

W książce występuje paru bohaterów pobocznych, takich jak kochanka protagonistki albo jej terapeutka, ale nie skupiają na sobie uwagi tak jak główna bohaterka. Co też nie oznacza, że są kompletnie bez znaczenia. Zdecydowanie mają wpływ na to jak ona postępuje. Nie ma tu plejady ciekawych postaci, nie ma za wielkiego wyboru dodatkowych osobowości, na co duży wpływ ma to, że cała akcja dzieje się gdzieś w małym miasteczku Stanów Zjednoczonych, w najmniejszym stanie tego kraju, czyli Rhode Island. Oczywiście nie jest to jedyne miejsce akcji, pojawia się jeszcze pewien most, czy też las, ale nie są to wyróżniające się lokacje.

Ciężko przyczepić się do czegoś konkretnego w „Tonącej dziewczynie”.  Wszystko jest na swoim miejscu. Może przeszkadzać ta przeciętność wszystkiego, ale jest to bardziej powieść obyczajowa, z braku lepszego określenia, niż cokolwiek innego z interesującą główną bohaterką. Może brakuje też intrygujących bohaterów pobocznych, a nawet jeśli są jakieś szczególne postacie, to Imp poświęca im zdecydowanie za mało czasu.

Jedynym elementem fantastycznym w powieści są te wizje, które można łatwo wytłumaczyć. Ogólnie, to jest to bardzo przyjemna i intrygująca powieść, którą polecam wszystkim bez jakichkolwiek wyjątków. Niestety, nie jest to obszerna pozycja, ale nie jesteśmy w stanie nic na to poradzić. Coś takiej jakości powinno być dłuższe, a tak kończy się zdecydowanie za szybko. Ledwo dotarliśmy do głównego dania, a już je nam zabierają. Czasem jednak tak jest i trzeba się z tym pogodzić, zwłaszcza że stanowi to zamkniętą całość z konkretnym zakończeniem. Oby więcej takich powieści.

czwartek, 22 czerwca 2017

Nihilistyczny wampiryzm

Dziś zostajemy w tematyce wampirów, ale w zupełnie innym wymiarze i sposobie niż to miało miejsce przy „Underworldzie”. Mowa o filmie Jima Jarmusha „Tylko Kochankowie Przeżyją”. Główną różnicą jest to, że omawiane dzisiaj dzieło nie posiada w gruncie rzeczy jako takiej akcji. Nie ma też właściwie żadnych efektów specjalnych.  Jest to rzecz mocno oparta na dialogach, na stworzonej atmosferze i niewypowiedzianych kwestiach.  W ten sposób ta produkcja staje się ciężka i dla niektórych może się wydawać po prostu nudna.

Jaki zatem jest przekaz zawarty w tym, co serwuje nam reżyser ? Chce on pokazać upadek ludzkości, jej stopniową drogę w dół, ostateczną dekadencję, nieodwracalną agonię. Wampiry, długowieczne w swej naturze, obserwując nasz rozwój i to do czego dążymy, dochodzą do wniosku, że właściwie nie ma dla nas nadziei. Zresztą w ich oczach nie jesteśmy ludźmi, tylko zombie. Marnujemy te nasze życia, trwoniąc dany nam czas, nie osiągając niczego przez te wszystkie lata.

Taki nastrój wprowadza, a właściwie narzuca nam główny bohater opowieści, czyli Adam, grany przez rewelacyjnego Hiddlestona. Kontynuuje on swą egzystencję wyłącznie dla dwóch rzeczy, a konkretnie rzecz ujmując dla swej pasji do muzyki i nauki oraz dla miłości swego życia- Ewy, granej przez Tildę Swinton (równie znakomita rola). Żyje i narzeka na wszystko z czym nie może się zgodzić jego partnerka. Ona jest tutaj jakby źródłem światła, kontrastem dla ciemności rzucanej przez protagonistę. Właściwie każdy bohater tutaj do pewnego stopnia reprezentuje jakąś postawę. Nie ma ich za wielu i aktorsko nie mam się do kogo przyczepić. Ta warstwa filmu nie dała mi żadnych zastrzeżeń.

To, co dodatkowo tworzy klimat filmu, to scenografia. Wszystko wydaje się tu być drobiazgowo dopasowane. W domu Adama znajdziemy masę rzeczy zgromadzonych przez te wszystkie lata życia. Jako że nie dba o przyziemne sprawy, panuje tam także harmider, gdzie uporządkowane wydają się być tylko rzeczy bezpośrednio związane z pasją. Jak mamy ujęcia w mieście, to mijamy puste, martwe scenerie, gdzie nie ma nic żywego. Za to miasteczko, które też się pojawia, nie jest może zupełnym przeciwieństwem, ale daje nadzieję, bo panuje w nim życie i nawet widzimy zachwyt pewną piosenkarką. To wszystko nabiera symbolicznego znaczenia.

Muzyka to jest, krótko i bardzo konkretnie mówiąc, absolutna rewelacja tego filmu. Pasuje jak ulał, jest jednym z elementów kluczowych w budowaniu nastroju, do tego bardzo specyficzna i mało w całości optymistyczna, ale nie traktuję tego w żaden sposób jako wadę, a wręcz przeciwnie. Gdybyśmy mieli tutaj skoczną polkę, to kompozytora Józefa van Wissema bym po prostu wyśmiał. A tak mamy coś, co dodaje masy wrażeń podczas seansu.

Ostatecznie jest to produkcja czysto artystyczna, nastawiona na dialogi i pokaz sztuki aktorskiej. Ważną rolę pełnią też zdjęcia i zbliżenia przy dialogach, kiedy to aktorzy mimiką pokazują emocje, które nimi szargają. Nie znajdziecie tutaj za wiele powodów do optymizmu. Trudno go szukać tam, gdzie nie ma życia, ale to nie znaczy, że powinniście omijać to dzieło. Ze względu na swój artyzm, którym niewątpliwie dysponuje, mnie się bardzo podobało i nie żałuję. Aczkolwiek nie jest to film dla każdego.

wtorek, 20 czerwca 2017

Operacja w Mogadishu na dużym ekranie.

Dziś recenzja filmu, który, nie będę tego ukrywał, należy do mojej ścisłej czołówki najlepszych filmów, które kiedykolwiek obejrzałem, więc oczekujcie morza superlatyw z małą ilością wad. Ale nie bójcie się, zamierzam powytykać mu parę rzeczy, w miarę mych skromnych możliwości. Mowa o „Helikopterze w Ogniu” Ridleya Scotta. Bez dalszych wstępów przejdę do tego, dlaczego trafiło to dzieło do mego osobistego kanonu arcydzieł.

To, co przede wszystkim do mnie przemawia, to bardzo przekonujący realizm całości jako takiej. Bardzo łatwo uwierzyć w to, co się dzieje na ekranie i nie wymaga to też specjalnej wyobraźni. Wszystko jest pokazane od razu bez wszechobecnego patosu. Jeśli ktoś ginie, to trwale i ostatecznie. Nikt tutaj też nie wysyła oddziału, żeby ratował martwych ludzi albo zwykłego szeregowca o obojętnie jakim nazwisku. Co najważniejsze, kule sięgają dobrych amerykańskich chłopców. Oczywiście całkowicie tej sławnej mieszanki bohaterstwa i poświęcenia Jankesów nie unikniemy i przy paru scenach mamy odruch wymiotny od wciskania tego na siłę, ale to dosłownie dwa momenty, które można wybaczyć twórcom.

Ciężko tu mówić o jakiejś specjalnej historii czy też bohaterach. Nie ma tu właściwie żadnego protagonisty, nikogo o kim wybitnie by ten film opowiadał. Na siłę można tu wymienić Josha Hartnetta, jako sierżanta Eversmanna, albo Erica Banę, jako „Hoota”, ale to nie jest opowieść o herosach wojny. To jest relacja z operacji wojskowej w Mogadishu, o której pisałem wcześniej. To historia jej niepowodzenia, ze szczegółami opartymi o książkę Marka Bowdena o tym samym tytule. Mamy tu też, w związku z tym, brutalność, pokazanie co z ciałem człowieka robią pociski rakietowe i innego typu śmiercionośne narzędzia. Film oferuje nam także wgląd na stres, jaki towarzyszy misjom, nie tylko wśród szeregowych próbujących przeżyć w ogromnym chaosie, ale także ich dowódców w polu czy też kwaterach głównych i powietrzu. Ciężar dowództwa dotyka tu wielu osób i tutaj jest to nam w jakimś stopniu uświadomione. Pod względem warsztatu aktorskiego też to dobrze wypada, nie mogę tutaj narzekać na jakieś negatywne wyłamanie się z szeregu, ale też specjalnie nie mogę nikogo pochwalić. Może na drobne wyróżnienie zasługuje Sam Shepard jako generał Garrsison, nie mogę też zapomnieć o Jasonie Isaacsu, grającym Kapitana Steela (jak widzicie, to nie tylko Lucjusz Malfoy). Warto też wspomnieć o tym, że aby zwiększyć wiarygodność całego filmu, ludzie w nim występujący wzięli udział w podstawowym militarnym szkoleniu.

Cała ta atmosfera wojenna jest opatrzona trzema fundamentami, bez których ten film nie miałby aż takiej siły przekazu. Są to: fenomenalna, słyszalna kiedy trzeba, muzyka Hansa Zimmera, zdjęcia Sławomira Idziaka (nominowanego do Oscara) oraz montaż Pietro Scalli (on z kolei zdobył statuetkę). Swoje zasługi, i to niebanalne, ma też dźwięk, który jest zasługą zbiorowego wysiłku Chrisa Munro, Michaela Minklera, i Myrona Nettingi. Wszystko pod względem technicznym jest tutaj zrealizowane na najwyższym możliwym poziomie. Ja miałem możliwość uczestniczyć w tym wszystkim, tych wszystkich lotach helikopterem, walk na wąskich uliczkach, placach, biegach do punktów zbiórki. Nie omija nas żaden aspekt pola bitwy. Podążamy za Rangersami i Deltą wszędzie, gdzie się tylko pojawią, i jeszcze mamy decyzje dowództwa, trafne albo mniej. Muzyka tez dodaje swoje, nigdy nie zagłusza dialogów, krzyków, zwiększając tylko dramaturgię, kiedy trzeba, a taka potrzeba jest częsta.

Do tej pory właściwie tylko chwalę produkcję Ridleya Scotta, a co można jej wytknąć ? Film ogląda się jako taki fabularyzowany reportaż z pola walki. W związku z tym brakuje mi tutaj mimo wszystko bohaterów. Nie chodzi o herosów rozwalających wszystko i wszystkich, tylko zwykłych żołnierzy, wokół których skupiałaby się ta historia. Nie ma tutaj nikogo, kogo losy by nas specjalnie obchodziły z jednej czy z drugiej strony, ale to nie jest obraz tego typu. Patrzymy na to wszystko z ogólnej perspektywy i szkoda nam każdego życia ludzkiego, który nie bardzo wie dlaczego ginie tysiące kilometrów od domu. Nie oznacza to, że śmierć amerykańskich wojaków czy też Somalijczyków nas nie obchodzi, tylko wylewnych łez nie miałem.

Właśnie, do tej pory głównie mówię o tym, co robią Jankesi. A co z drugą stroną medalu? Brakuje mi scen, gdzie mielibyśmy pokazaną ich perspektywę.  Mają swoje pięć minut na początku, trochę też pod koniec, ale lwia część filmu jest całkowicie zdominowana, z kilkoma wyjątkami. Ja rozumiem wymagania książki, rynku czy też patriotyczno– patosowe zapędy, ale trochę wyjaśnień by się przydało co do Afrykanów.

Jak widzicie, nie ma tutaj za wiele wad, które można by wytknąć z czystym sumieniem. Dla mnie jest to praktycznie rzecz biorąc ideał. I mówię to z pełnym przekonaniem. Uwielbiam do tego wszystkiego wracać i sobie przypominać, chociaż znam to na pamięć, to nie potrafi mi się znudzić. Polecam „Helikopter w Ogniu” każdemu. Osoby stroniące od takiego kina mogą sobie odpuścić, ale miłośnicy nie mają wymówek. Odradzam oglądanie osobom niepełnoletnim, ze względu na brutalność niektórych scen, oraz tym wrażliwym na elementy anatomii człowieka.